Abodus – Labirynt

Gatunek: rock alternatywny
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Labirynt; 2. Izotopia; 3. Jestem; 4. Chance; 5. Kokon; 6. Schizofrenic; 7. Idę Dalej; 8. AGCH; 9. D; 10. Exit 

 

Choć przyznaję, że o zespole Abodus nigdy nie słyszałem – a zapewne powinienem – to ich najnowsza płyta, Labirynt, zaintrygowała mnie od chwili, kiedy zajrzałem do książeczki. Oprócz podziękowań dla fanów, którzy wsparli wydanie krążka na jednej z platform crowdfundingowych, znajdują się tam również nazwiska Wojciecha Waglewskiego, Pawła Małaszyńskiego z Cochise, który udziela się w jednym kawałku, a także Tymona Tymańskiego, który wyprodukował całość. Czy krążek, który angażuje tak zdolnych muzyków, może być zły?

Pewnie nie. No i nie jest: Labirynt to płyta sympatyczna, niejednoznaczna i w pełni autorska. Zespół wyraźnie inspiruje się brzmieniem, które jest wypadkową twardego industrialu spod znaku Filter z brudem i chropowatością, charakterystycznymi dla post-grunge’u.  Reminiscencje i nawiązania pierwszego rodzaju słychać zwłaszcza tam, gdzie Abodus gra szybciej i w sposób bardziej ciosany (Idę Dalej). Natomiast odległe wpływy Mudvayne czy Alice in Chains pojawiają się w utworach, które nieco zwalniają i walczą szeleszczącym piaskiem zarówno w przesterach gitar, jak i efektach, które nałożono na wokal (Schizofrenic). Ciekawie robi się zwłaszcza w momentach, kiedy Abodus łączy te inspiracje w obrębie jednego kawałka – w takich momentach brzmi on z pewnością unikatowo, a przez to intrygująco (Chance). Nie ukrywam jednak, że Labirynt podoba mi się przede wszystkim w momentach, które wykraczają poza ten dualny schemat. O ile AGCH jeszcze na kolana nie rzuca, choć uwagę zwracają tam bardziej rozbudowane partie syntetycznych smyczków oraz zalążki interesujących harmonii wokalnych, o tyle zagrana bez przesteru ballada D to już mój faworyt. Tam po prostu broni się zarówno aranż, jak i melodia, zaś wydawnictwo nabiera większej głębi.

Ten jednak, kto z moich słów wysnułby przypuszczenie, że reszta krążka jest gorsza niż trzy zamykające go utwory – zaliczam tu jeszcze Exit, czyli outro, a właściwie reprise przedostatniej piosenki – miałby najzupełniej rację. Labirynt okazuje się bowiem albumem ciekawym i świetnie wykonanym, ale zarazem pozostawiającym słuchacza stosunkowo obojętnym. Winę za taki stan rzeczy może ponosić kilka czynników. Przede wszystkim są to same kompozycje, które po prostu nie porywają. Są one długie, niewiele się w nich dzieje (jeden i ten sam motyw potrafi powtarzać się kilkanaście razy zanim utwór nabierze rozpędu), a i generowana przez nie energia jest sprawą dyskusyjną. Akurat ostatnia z tych właściwości to wina produkcji. Trudno mi w to uwierzyć, ale Tymański położył sprawę: zamiast wydobyć doły i nadać całości miażdżącego rozpędu, wyciągnął wyższe pasma. Płyta brzmi przez to bardziej sucho i industrialnie, ale zdecydowanie traci na tym jej dynamizm. Co gorsza, taka maniera na dłuższą metę męczy, bo całość przypomina casus Wasting Light, płyty Foo Fighters, która miała brzmieć garażowo, a wyszła jak coś, co świetnie nagrano i zniszczono w produkcji.

Jeżeli mogę powiedzieć coś na obronę Abodusa, to tyle, że Labirynt jest jakiś – duszny, nieco niepokojący i specyficzny. I przyznaję, że są dni, kiedy człowiek chce się w takim brudku wytaplać. Niestety, omawiane dziś wydawnictwo okazuje się po prostu nieprzekonująea w warstwie najważniejszej, czyli tej, którą tworzą naprawdę dobre, zapamiętywalne kawałki. Mimo wszystko bardzo mocno trzymam kciuki za zespół: z tej mąki z pewnością będzie chleb, ale – cóż – może jeszcze nie teraz.

 

(6 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!