AFI – Very Proud of Ya

Gatunek: melodic hardcore
Data wydania: 1996
Spis utworów: 1. He Who Laughs Last…; 2. File 13; 3. Wake-Up Call; 4. Cult Status; 5. Perfect Fit; 6. Advances in Modern Technology; 7. Theory of Revolution; 8. This Secret Ninja; 9. Soap-Box Derby; 10. Aspirin Free; 11. Fishbowl; 12. Charles Atlas; 13. Crop Tub; 14. Consult My Lover; 15. Take the Test; 16. Two of a Kind; 17. Shatty Fatmas; 18. Yürf Rendenmein; 19. Cruise Control; 20. Modern Epic

 

Jak być może pamiętacie z recenzji Answer That…, debiutu AFI, zespół, który dziś słynie z bycia jedną z naczelnych gwiazd muzyki emo, zaczynał od najprawdziwszego punk rocka. Nie bez przyczyny pierwsze płyty Kalifornijczyków ukazały się w barwach Nitro Records, labelu założonego przez Dextera Hollanda z The Offspring. I choć Very Proud of Ya nie jest pod tym względem żadną rewolucją, to miło patrzeć, jak nieźle rokujący skład robi kolejny krok do przodu.

O tym, że druga płyta zespołu jest lepsza niż jej poprzedniczka zaświadcza kilka rzeczy. Po pierwsze, wyraźnie słychać, że tym razem zespół postawił na klimat. Choć nadal nie brakuje tu gówniarskiego krzyku (Modern Epic), to jednak większość płyty jest ogrywaniem tego, co robiła dziesięć lat wcześniej zacna konkurencja. Nie brakuje tu wpływów Bad Religion, The Offspring czy wczesnego No Use for a Name (Shatty Fatmas). Niekiedy jednak dla odmiany zespół rzuci takim riffem, że na myśl przychodzi Adolescents (Crop Tub), zaś w wolniejszych fragmentach odwołuje się on do pionierów punk rocka z lat 70. (Aspirin Free). Co więcej, AFI dokonało tych nawiązań w sposób nie tylko świadomy, ale również w pełni udany. Tym bowiem, co decyduje o sukcesie Very Proud of Ya jest niezwykła przebojowość materiału. Krążek ten to przede wszystkim zestaw genialnych, tradycyjnych dla kalifornijskiego punk rocka akordów i poważnych, niekiedy mrocznych, ale cholernie chwytliwych melodii. W tym względzie żywymi klasykami są He Who Laughs Last… czy Wake-Up Call, gdzie chórki zrywają szkliwo z zębów. Te utwory są po prostu dla punk rocka esencjalne, wydobywając z niego zarówno całą moc – bo surowości tu nie brakuje – jak i niekwestionowaną melodyjność. Ze smutkiem stwierdzam, że praktycznie nie ma dziś zespołów, które grałyby z takim zacięciem jak te dwudziestolatki na swej drugiej płycie.

Niestety, krążek ma jedną podstawową wadę – jest o wiele za długi. Z dwudziestu zaproponowanych tu piosenek powinno ostać się maksymalnie dwanaście – nie dlatego, że pozostałe są złe, ale z tego powodu, że zespół nie ma po prostu więcej do zaproponowania. Po pewnym czasie motywy zaczynają się powtarzać, zaś wrażenie świeżości mija. I choć AFI sili się, by rozruszać podupadający klimat – a to przyspieszy (Fishbowl), a to doda drugi wokal w kanałach (Charles Atlas), a to walnie króciutką solówką (Consult My Lover) – to efektem nie jest żadna nowa jakość. Żałuję, że Dexter Holland nie zasugerował ścięcia materiału – cała płyta z pewnością by na tym zyskała. Co by również nie mówić, trudno posądzać muzyków o wirtuozerię. Najlepiej z całego zespołu radzi sobie bas – jego pochody są celowo wyeksponowane. Ale perkusja gra miejscami makabrycznie nierówno (posłuchajcie stopy w Wake-Up Call), zaś w jednym miejscu na końcu piosenki słychać metronom (Two of a Kind). Ponadto nie ukrywajmy – niewiniątka przy krzyku Havoka po prostu wysiądą.

Nie zmienia to faktu, że Very Proud of Ya to płyta cholernie przebojowa, melodyjna i po prostu świetna. Jako taka, stanowi ona spory postęp w stosunku do debiutu. Czy broni się ona w kategoriach obecnych osiągnięć AFI? Oczywiście, że nie. To zupełnie inna półka, bo i inne cele przyświecały muzykom. Punk rock jest moją drugą naturą, stąd wystawiam dość wysoką notę. Jednak ci z Was, którzy wysiadają na mocniejszych kawałkach The Offspring, niech omijają tę płytę. Jest naprawdę dobra – ale nie każdy to doceni.

 

(7 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!