Astrid Lindgren – Przestaliśmy nadawać ulicom imiona

Gatunek: emo hardcore
Data wydania: 2016
Spis utworów: 1. Przedsłowie; 2. Rozstaje; 3. Kryjówka; 4. Rodzinne ogródki działkowe; 5. Strasznie wielka woda; 6. Podstawowy błąd atrybucji; 7. Nim to się stanie; 8. Goździki; 9. Zanim zrobi się ciemno; 10. O psie, który jeździł koleją; 11. Zdjęcia; 12. Kamienie; 13. Już dzisiaj nigdzie nie biegnę

 

W muzyce rockowej stało się coś tak niefortunnego, że emo hardcore sprowadzono do krzyczących wokalistów z czarnymi grzywkami. Nie ukrywam, że faktu tego nie mogę przeboleć, dlatego z pełną świadomością muzyce Astrid Lindgren nadaję taką etykietkę – emo, bo utwory wprost przeładowane są emocjami (zwłaszcza w warstwie tekstowej), zaś hardcore, ponieważ ten właśnie gatunek uprawiany przez wielkopolan. Jak wypada taka muzyka, znana dotychczas zza Atlantyku, na rodzimym gruncie? Przekonajmy się.

Zacznijmy od tego, że przyrównywanie Przestaliśmy nadawać ulicom imiona do zamorskiej konkurencji jest jak najbardziej zasadne. Jeżeli jesteście fanami takich brzmień, po odpaleniu tego krążka przyjdzie Wam do głowy co najmniej parę skojarzeń, z których najbardziej oczywiste to The Wonder Years. Nie oznacza to oczywiście, że muzyka Astrid Lindgren pozbawiona jest własnego stylu – jest wręcz odwrotnie. Jeżeli jednak szukacie utworów o trudnym dorastaniu, przesyconych gorzkim sentymentem, w których tempa zmieniają się cztery razy na minutę, to trafiliście pod właściwy adres. Nie upraszczajmy jednak. Omawiany dziś krążek zawiera utwory dość różnorodne w warstwie muzycznej, które poruszają się od brzmień niemal klasycznie rockowych (Goździki) po niemal równie klasyczny, polski punk rock (Kamienie). Wyznaczony tymi granicami obszar obfituje w kawałki o synkopowanych rytmach, nietypowych metrach i dużych dawkach wrzasku, przeplatanych pauzami, które nadają dodatkowego rozpędu (Rozstaje).

W rzeczy samej Przestaliśmy nadawać ulicom imiona trudno nazwać jednolitą płytą. To raczej zbiór impresji muzycznych – motywów, które następują po sobie w pozornie dość przypadkowy sposób. Złamanie struktury zwrotkowo-refrenowej tylko potęguje ogólne wrażenie chaosu. Trudno oczywiście poczytywać zespołowi za złe, że w taki sposób nagrywa swoją płytę. Zwłaszcza, że nadaje to muzyce interesującego sznytu, zaś energia, którą krążek wręcz kipi, jak i skrótowość materiału (13 piosenek trwa dwadzieścia dwie minuty) sprawia, że do Astrid Lindgren chce się wracać.

Styl nagrania płyty daje jednak pole, by postawić dwa zarzuty, szczególnie zasadne dla tych, którzy z muzyką wykonywaną przez Astrid Lidngren nie mają zbyt często do czynienia. Pierwszym z nich jest jej swoiste rozedrganie. Weźmy Zanim zrobi się ciemno – szybki rytm, a do tego dołożone jeszcze synkopy. Czasem naprawdę trudno stwierdzić, czy perkusja gra równo i czy zespół trzyma rytm, bo niejednokrotnie zdarza się, że ten muzyczny puls, który nadaje muzyce największej mocy, ginie gdzieś pod dziwolągami. Byłoby być może inaczej, gdyby nie – to drugi zarzut – dość osobliwa produkcja. Lekki pogłos nałożony na wszystkie instrumenty sprawia, że ich brzmienie jest rozmyte i miękkie. Tam, gdzie są łamańce, tam również przydałaby się klarowność oraz odrobina twardości, której na Przestaliśmy nadawać ulicom imiona po prostu zabrakło.

Choć zarzuty te nie są rozstrzygające, zmuszają one do obniżenia końcowej noty. A szkoda, bo warstwa muzyczna, jak i tekstowa bronią się naprawdę bardzo dobrze. Omawiany dziś krążek jest bez wątpienia tym, przy którym można coś poczuć – a to już nie lada osiągnięcie. Niestety, spod tej impresji trudno wydobyć jaką esencję, która pozwoliłaby orzec, że Przestaliśmy nadawać ulicom imiona to płyta genialna. To z pewnością krążek solidny (dla niektórych nawet rewelacyjny), który każe z niecierpliwością oczekiwać na kolejną propozycję od Astrid Lindgren. Zatem choć nie sposób ukryć, że czegoś zabrakło, to to, co dostajemy, brzmi co najmniej satysfakcjonująco.

 

6 Stars (6 / 10)

Zapisz

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!