Bad Religion – Suffer

Gatunek: punk rock
Data wydania: 1988
Data wydania: 1. You Are (The Government); 2. 1000 More Fools; 3. How Much Is Enough?; 4. When?; 5. Give You Nothing; 6. Land of Competition; 7. Forbidden Beat; 8. Best for You

 

Kalifornijski punk rock to Bad Religion. Kropka. Kto chce się o tym przekonać, ten powinien sięgnąć po wydawane pod koniec lat 80. płyty Grega Graffina i spółki. W owym czasie The Offspring raczkowało, Pennywise jeszcze nie było, a muzycy, którzy dziś święcą triumfy w tym gatunku byli jeszcze zbyt mali, by uczyć się grać na instrumentach. Tymczasem Bad Religion rozwijało skrzydła, osiągając prawdziwe wyżyny melodyjnego, a zarazem szybkiego łojenia. Kto chce się o tym przekonać, może sięgnąć po Suffer – świetny dowód na rzecz tego twierdzenia.

Przełom lat 80. i 90. to zresztą złota era nie tylko pod kątem jakości materiału rejestrowanego przez Bad Religion, ale również w aspekcie jego ilości. Trzy klasyczne płyty (obok Suffer są to No Control i Against the Grain) nagrane w zaledwie trzy lata, to rezultat, którego nie udało się już później pobić. Na tym tle trudno wskazać jest najbardziej udaną z nich, choć omawiany dziś krążek najlepiej łączy w sobie surowość z urozmaicaniem brzmienia, które stanie się domeną późniejszych wydawnictw. A wszystko to przy wykorzystaniu środków tak niesamowicie prostych, że nagranie tych piętnastu – różnych, podkreślam – piosenek to prawdziwy cud. Suffer to zresztą nie tylko trzy akordy, ale również bardzo podobne otwarcia piosenek (niemal każda zaczyna się uderzeniem werbla) oraz zabiegi powielane w kolejnych utworach (harmonie wokalne). Można zatem zapytać: dlaczego ta płyta jest tak cholernie dobra? Odpowiedź jest prosta – melodie. Ilość powalających linii wokalu na jedną minutę materiału osiąga wartości niespotykane. Nic dziwnego, że kawałki takie jak Do What You Want stały się koncertowymi klasykami, skoro za sprawą nośnych chórków i gniewnych zakrzyków nabierają one niezwykle „pogogennego” rozpędu. Zarazem jednak wokale ułożone są tak umiejętnie, że nie trzeba przy nich wściekle machać głową, bo można ich po prostu słuchać z prawdziwą przyjemnością. Ot, paradoks Bad Religion.

Jednocześnie Suffer, choć trwa zaledwie niecałe pół godziny, stanowi świadectwo potrzeby wyrwania się z prostych ram dość prymitywnego grania pod dyktando hasła „ostro i do przodu”. Punkowe killery wypełniają krążek – fakt, ale obok nich pojawiają się miejsca wolniejsze (Give You Nothing, Best for You), a nawet piosenki o zabarwieniu nieco popowym (What Can You Do?). To wszystko sprawia, że każdy z utworów ma nieco inny charakter, a przez to nietrudno je wszystkie zapamiętać. Skrótowość materiału w połączeniu z jego przebojowością zachęca do wielokrotnych powrotów. Brak jednoznacznie słabszych miejsc sprawia, że nie trzeba przeskakiwać co dwie czy trzy piosenki; Suffer po prostu broni się od początku do końca. Nie ma tu wprawdzie jeszcze tych emocjonalnie wstrząsających kompozycji, które będzie pisał dojrzały Graffin, ale pojawiają się już ich zaczątki (wściekłe, a przy tym specyficznie podniosłe Delirium of Disorder).

Nie jest to oczywiście płyta dla każdego. Kto jednak uważa, że Green Day to najwybitniejsze osiągnięcie ostrego, melodyjnego łojenia, ten po Suffer powinien sięgnąć po to, aby zobaczyć, że pod koniec lat 80. tego typu granie osiągało swoje wyżyny. I jeżeli mówimy dziś, że Dookie czy Smash znamionują odrodzenie punk rocka, to Suffer stanowi jego narodziny – przynajmniej w tej kalifornijskiej, melodyjnej, ale i bezkompromisowo ostrej odsłonie.

 

8 Stars (8 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!