Blackout – Blackout

Brak komentarzy
Gatunek: big bit
Data wydania: 1968
Spis utworów: 1. Pozwólcie nam żyć; 2. Czy znasz ten zwyczaj?; 3. Nie przechodź obok mnie; 4. Powiedz swoje imię; 5. Te bomby lecą na nasz dom; 6. Gdzie chcesz iść?; 7. Wyspa; 8. O dziewczynie, psie i jabłku; 9. Jej nie ma tu; 10. Uwierz, mamo; 11. Popatrz, to przecież ja; 12. Anna

 

Tadeusz Nalepa, Mira Kubasińska i Stan Borys na jednej płycie. Powiedzieć, że taki krążek zapowiada się dobrze to mimo wszystko popełnić pewne niedopowiedzenie. Jeżeli do tego dodamy fakt, iż mowa tu o starociu z roku 1967, który siłą rzeczy niesie ze sobą odrobinę przyjemnej stęchlizny, powinniśmy być jak najlepszej myśli. A jednak – jak to zwykle bywa w takich przypadkach – efekt końcowy okazuje się gorszy niż można by się spodziewać.

Blackout nagrał tylko jedną płytę. Wkrótce po jej wydaniu z grupy odszedł m.in. Stan Borys, zaś Nalepa zmienił nazwę na Breakout i – co by nie mówić – odmienił historię polskiego bluesa. Tymczasem omawiane dziś wydawnictwo popadło w zapomnienie, niestety – najwyraźniej słusznie. Problemy je dręczące słychać już w pierwszej piosence, zatytułowanej Pozwólcie nam żyć. Jest to nic innego jak antywojenny protest song z elementami melorecytacji. Utworu tego słucha się mimo wszystko z neurotycznym poczuciem winy, pomimo faktu, że można się domyślić, iż jego kanwą jest wojna w Wietnamie. Nie jest to jedynie wypadek przy pracy. Podobne klimaty eksploruje również Te bomby lecą na nasz dom. Nie mam nic przeciwko tego rodzaju utworom, ale ich warstwa tekstowa woła o pomstę do nieba – zero metaforyki, głębi czy feelingu. Zamiast tego: banały i infantylizm. Jeżeli już jesteśmy przy porażkach, to na szczególny laur z chwastów zasługuje Uwierz, mamo, gdzie instrumentalne smędzenie i wokalna pretensjonalność osiągają poziomy niebotyczne, których nikt normalny nie zniesie.

Dzięki Bogu, Blackout to nie tylko koszmarki. Nie oznacza to jednak, że jest dobrze. Ot, zespół gra dość przeciętny bigbit, charakteryzowany częstym wykorzystaniem organów. Niby wokale są poprawne, niby instrumenty grają sobie całkiem nieźle. Ale cóż z tego, skoro emocji nie ma w tej muzyce prawie wcale? Nawet najbardziej znana chyba z tej płyty piosenka, czyli Anna, okazuje się utworem, po który Paul Anka sięgnąłby tylko wtedy, gdyby naprawdę nie miał już lepszych pomysłów. Powyżej przeciętnej sytuuje się właściwie wyłącznie O dziewczynie, psie i jabłku – ballada, której nadano jednak dodatkowego mroku, dzięki czemu zyskuje ona nieco na sugestywnym niepokoju. Jednakże jedna naprawdę dobra kompozycja na dwanaście to zdecydowanie za mało, by Blackout móc polecić. Jeżeli próbujemy porównywać zespoły, to na przykład Czerwone Gitary wypadają co najmniej o kilka długości lepiej, głównie dzięki emocjom, które Klenczon i koledzy są w stanie wytworzyć, zaś Nalepie ta sztuka zupełnie się nie udaje.

Dlatego też nawet jeżeli macie chwilę czasu i ochotę na muzyczną archeologię, debiut Blackout możecie sobie bez żalu darować. Jedna ciekawa piosenka, masa przeciętniaków i parę koszmarów – oto jak mogłaby wyglądać ta recenzja. Czy można rekomendować taką płytę? Odpowiedź wydaje mi się jednoznaczna. Żeby jednak nie było: jeśli chcesz, to przekonaj się na własnej skórze. Pamiętaj jednak, że po odejściu od monitora reklamacji nie uwzględnia się.

 

(6 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o