Bright Ophidia – Fighting the Gravity

Gatunek: metal progresywny
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Fighting the Gravity; 2. Corporate Part I; 3. Stronghold; 4. My Lust My Fear; 5. Swallow Me; 6. Volcano; 7. My Heart Tells No; 8. Corporate Part II; 9. It`s Time; 10.In Exile

 

Nie wiem czy to przypadłość każdego recenzenta, ale średnio co druga dobra płyta, która trafia w moje ręce, godzi w moje wewnętrzne poczucie sprawiedliwości. Czy można mieć zespół, który istnieje od dwudziestu lat, gra na światowym poziomie, ale poza metalowym undergroundem jest właściwie nieznany? No pewnie, że można. Czy nad faktem tym da się przejść do porządku dziennego? Mnie jest jakoś trudno. Całe szczęście chłopaki z Bright Ophidia mają mniej miękkie serce (lub twardsze cztery litery) niż ja i konsekwentnie robią swoje. Ich najnowszym dziełem jest zaś Fighting the Gravity – najlepszy dowód na to, że ich upór jest w pełni zasadny.

Na ogół zdarza mi się narzekać, że cały ten metal i post-hardcore w kółko gra to samo: brakuje odwagi lub umiejętności przełamania utartych schematów. Na tym tle białostocki skład to prawdziwi pionierzy, którzy przez dłuższy czas wierni byli tradycji i potrafią wyciągnąć z niej to, co najlepsze, a zarazem bezkompromisowo idą pod prąd. Riff tnący niczym świeżo naostrzona brzytwa? No pewnie, że jest. Perkusja, która wybija rytm z prędkością wiertarki udarowej przebijającej się przez ścianę z żelbetu? Takoż. Wściekły wokal, który miejscami ociera się o growl? Również nietrudno go znaleźć. Sęk w tym, że te elementy to zaledwie fundament czy punkt wyjścia, rozwinięty w dwojakim kierunku. Pierwszy z nich wyznaczony jest brzmieniem nieco bardziej klasycznym, podchodzącym pod hard rock. Corporate Part 1 to na przykład coś, co w ostatnim czasie proponował Tom Sixx, zaś wokal w Stronghold jako żywo przypomina Scotta Weilanda ze Stone Temple Pilots. W tych miejscach zespół brzmi konserwatywnie. Jednakże drugi kierunek biegnie w zupełnie przeciwną stronę: otóż całe Fighting the Gravity to wyborny przykład metalu progresywnego, opartego na świetnej technice i łamanym metrum. Dzięki temu płyta brzmi świeżo, co chwila intrygując nietypową zagrywką czy nieliniowym aranżem. Dodać jednak wypada, że tego typu urozmaicenia, czy – jak można by stwierdzić – udziwnienia, nie są dodane na siłę, lecz stanowią integralny element brzmienia zespołu, bez którego trudno sobie wyobrazić poszczególne piosenki.

Najbardziej interesująco robi się jednak w momencie, kiedy wszystkie wspomniane wyżej elementy zostaną wzajemnie połączone. Trochę sampli, gitar akustycznych i chłodnego, choć charyzmatycznego śpiewu, a potem potężny przester, podwójna, połamana w ośmiu miejscach stopa i growl? Czemu nie! Pomysł wydaje się szalony, ale Bright Ophidia w przedziwny sposób potrafi go zrealizować. Ukoronowaniem stylu kapeli jest najdłuższy na płycie, bo ponad dwudziestominutowy, utwór In Exile, czyli suita, w której skrajnie odmienne pomysły składają się na spójny, pełen dusznego klimatu utwór. Muszę przyznać, że dopóki go nie posłuchałem, nie zdawałem sobie sprawy, że akustyczna gitara i ciężki przester mogą tak dobrze się uzupełniać… Tym bardziej doceniam odwagę i niepodważalny kunszt, z jakim zespół zasiadł do prac nad krążkiem, a także talent, który sprawił, że efekt końcowy brzmi tak dobrze.

Wiadomo oczywiście, że Fighting the Gravity nie jest adresowana do wszystkich; na skali mocy płyta ociera się miejscami o wartości zarezerwowane dla ekstremalnych odmian metalu. A nawet jeżeli ktoś jest miłośnikiem mocnych brzmień, nie jest powiedziane, że do gustu przypadną mu wszystkie te łamańce i dziwolągi, którymi płyta wprost kipi. Tak naprawdę zasadne jest bowiem stwierdzenie, że Bright Ophidia zatrzymało się w połowie drogi pomiędzy rockiem a jego bardziej eksperymentalnymi odmianami, eksplorowanymi na przykład przez Tortoise. Choć w żadnej mierze nie jest to zarzut, to jednak uzasadnione może być stwierdzenie, że krążek intryguje, ciekawi i troszkę drażni – ale nie porusza. Techniczne cudo, matematyczna precyzja i inteligencja przesłaniają gdzieś całą sferę emocji, która jest na tej płycie w tle. Zakładam, że taki był zamysł, ale jestem człowiekiem, który lubi czasem odstawić szkiełko i oko na rzecz chęci odczuwania. Tymczasem słuchacz taki jak ja może się poczuć odrobinę niepocieszony.

Nie zmienia to faktu, że Fighting the Gravity to płyta bardzo solidna, świetnie przemyślana, obłędnie zagrana i perfekcyjnie wyprodukowana. To jeden z tych krążków, których warto raz na jakiś czas posłuchać, by zobaczyć, że do muzyki da się podejść inaczej. I tylko to poczucie niesprawiedliwości… Ale cóż – spoglądam właśnie na zdjęcie zespołu zrobione na deskach stołecznej Stodoły, podziwiam plakat koncertów zagranych wespół z Proletaryatem… Pozostaje mocno trzymać kciuki i wierzyć, że tak dobra muzyka będzie w stanie obronić się sama.

 

(7 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!