Cameron Avery – Ripe Dreams, Pipe Dreams

Gatunek: folk rock
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. A Time and Place; 2. Do You Know Me By Heart; 3. Dance with Me; 4. Wasted on Fidelity; 5. Big Town Girl; 6. Disposable; 7. The Cry of Captain Hollywood; 8. Watch Me Take It Away; 9. An Ever Jarring Moment; 10. C’est Toi (Extended)

 

Cameron Avery to prawdziwy muzyczny poszukiwacz, który – mimo młodego wieku – udzielał się już instrumentalnie w rozmaitych projektach i nawiązał współpracę z wieloma wykonawcami. Teraz zaś Australijczyk uznał najwyraźniej, że czas najwyższy pokazać swoją autorską twórczość – w ten sposób światło dzienne ujrzała jego pierwsza solowa płyta, zatytułowana Ripe Dreams, Pipe Dreams. Naturalna kolej rzeczy czy krok wstecz? Cóż, czas się o tym przekonać.

Avery na ogół grał w zespołach, których twórczość mocno zakorzeniała się w tradycji. Tak jest zarówno z Tame Impala, która sięga do psychodelicznego rocka, jak i z The Growl, eksplorującym obszary rock and rolla i klasycznego bluesa. Omawiana dziś solowa płyta również jest hołdem złożonym historii, choć w nieco innym wymiarze niż można by się spodziewać. Ci, którzy kojarzą muzyka skądinąd, mogą być na przykład zaskoczeni, że tym razem gitarę odłożył on do kąta, zaś na pierwszy plan wybijają się kompozycje zaaranżowane na uproszczoną perkusję oraz instrumenty smyczkowe (Wasted on Fidelity). Sama warstwa muzyczna okazuje się przez to wyjątkowo ascetyczna, nawet mimo okazjonalnego użycia organów Hammonda czy innego, nietypowego jak na tę płytę instrumentarium. Nietrudno się domyślić, iż w tej sytuacji Ripe Dreams, Pipe Dreams będzie opierała się przede wszystkim na wokalu. Całe szczęście Avery zdaje sobie z tego sprawę. Potrafi on nadać swojemu głosowi niską barwę, której brakuje wprawdzie nieco do tembru Franka Sinatry, ale różnica nie jest duża, zwłaszcza tam, gdzie zauważalne jest również podobieństwo aranżacyjne (A Time and Place). Australijczyk odwołuje się także do folku, w szczególności w tych miejscach, gdzie jego wokal zostaje sam na sam z gitarą akustyczną – w takich chwilach brzmi on niczym Johnny Cash (Big Town Girl).

Te muzyczne podróże przecinane są kompozycjami, które zdają się pochodzić z innej bajki. Najjaskrawszym ich przykładem jest Watch Me Take It Away, które, choć wyraźnie nawiązuje do psychodelicznego rocka z lat 60., to zarazem brzmi zdecydowanie ciężej niż reszta materiału. Dodatkowo dualna struktura tej piosenki sugeruje, iż pochodzi ona ze zdecydowanie bliższych nam czasów. Co jednak znamienne, znajduje się ona gdzieś „w połowie drogi” między pozostałymi kompozycjami a utworami znanymi z zespołowej działalności Avery’ego. Dzięki temu Ripe Dreams, Pipe Dreams to płyta różnorodna, ale nie sposób nazwać jej niejednorodną. Orkiestrowość oraz interpretacja piosenek stanowią wystarczające spoiwo, by oddalić zarzut eklektyzmu.

Z drugiej strony trudno jednoznacznie uznać, że omawiany dziś krążek zawiera coś więcej niż dobre, solidnie wykonane piosenki. Podziw budzi to, że z taką umiejętnością nadano im klasyczny szlif, ale z oryginalnymi kompozycjami czołowych muzyków tworzących w końcówce lat 50., czy w latach 60. nie mogą się one równać. Ripe Dreams, Pipe Dreams słucha się nieźle, a nawet zachęca ona do okazjonalnych powrotów, ale haczyk przez nią rzucony trzyma słabo – jak gdyby u podstaw krążka zabrakło jakichś bardziej szczerych, uniwersalnych uczuć, które będzie w stanie zgłębić również słuchacz.

To zaś sprawia, że choć solowej płyty Avery’ego z pewnością nie odradzam, to nie wiem również, komu ją rekomendować. Jeżeli jesteś fanem klasycznych brzmień z epoki Elvisa Presleya i The Beatles, to z omawianego dziś krążka możesz czerpać pewną przyjemność. Możesz się na nią również skusić, jeżeli jesteś poszukiwaczem muzycznych osobowości, do których Avery z pewnością należy. Niestety, Ripe Dreams, Pipe Dreams nikim o ścianę nie rzuci – może co najwyżej wywołać uśmiech zadowolenia na twarzy. Cóż, może tyle w istocie wystarczy?

 

(7 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!