Chilli Crew – A Ty

Gatunek: indie pop
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Kwiat; 2. Pytam; 3. Prośba; 4. Mimo przeciwności; 5. Współczucie; 6. Motyle; 7. Jestem; 8. MijaMy; 9. Burza; 10. A Ty

 

Są takie płyty, które w teorii wypadają świetnie – ich autorom nie brakuje pomysłów ani techniki, produkcja stoi na najwyższym poziomie, zaś unikalność całości powinna zapewnić poczesne miejsce we wszelkich zestawieniach wydawnictw roku. A jednak sesja z płytą kończy się stwierdzeniem: to jednak nie to. Czegoś zabrakło, czegoś jest za dużo – ale to nie to. Tak właśnie czuję się po przesłuchaniu debiutu Chilli Crew, zatytułowanego A Ty.

Zacznijmy od suchych faktów. Omawiany dziś krążek czerpie inspiracje z wielu, niekiedy dość odległych, źródeł. Na pierwszy plan wysuwa się na nim elektronika, która – w zależności od tego, czy bardziej czy mniej przestrzenna – porusza się po linii od space rocka po soul. Uzupełniana jest ona brzmieniem gitary, które również oscyluje od łagodnych riffów, przez mocniejsze przestery (Burza), po chłodny niepokój, nawiązujący do zimnej fali (A Ty). Do tego dochodzi kobiecy wokal, który pcha całość w rejony współczesnego R&B (Współczucie), nadając miejscami szlifu wybitnie popowego. Barwa głosu Martyny Baranowskiej okazuje się zresztą najważniejszym wyróżnikiem, przypomina bowiem pod pewnymi względami Billie Holiday z okresu przed narkotykową destrukcją. Ta na pozór eklektyczna mieszanka okazuje się jednak zaskakująco spójna, głównie za sprawą lekkiego, nieco relaksującego klimatu, jaki udało się na A Ty wytworzyć. Dlatego wydawnictwo broni się zwłaszcza w jakiś męczący dzień; wtedy wprawia w przyjemne flow i pozwala zapomnieć o świecie.

Problem w tym, że album spełnia tę funkcję, bowiem ma on tę właściwość, iż wlatuje jednym uchem i wylatuje drugim, nie pozostawiając przy tym żadnego wyraźnego wrażenia czy choćby zarzewia minimalnych emocji. Pod kątem aranży Chilli Crew jest do bólu poprawne: riffy to całkowita średnia krajowa, podobnie jak melodie, których nie sposób zapamiętać nawet po kilkukrotnym przesłuchaniu. Równie grzeczna i gładka – poza nielicznymi momentami, jak nawiązujące do rocka lat 60. MijaMy czy industrialne miejscami Mimo przeciwności – jest produkcja. W rezultacie A Ty kończy się, zaś słuchacz po kwadransie zapomina, że płyta w ogóle istnieje. Co gorsza, przy kolejnych sesjach na światło dzienne wychodzą jej mankamenty. Odniosę się tylko do dwóch, ale ważnych, bo dotyczących wokalu. Pierwszym z nich jest irytująca transakcentacja, którą frontmanka uprawia z pełną premedytacją. Drugim, w mojej ocenie poważniejszym, są teksty, które – gdyby były naprawdę dobre – z pewnością nadałaby krążkowi odrobinę brakujących emocji. Niestety, warstwę liryczną trudno ocenić inaczej niż jako czysto poprawną. Jako taka wydaje się ona czysto pretekstowa, zaś jej jednym celem jest najwyraźniej nie przeszkadzać. Niestety, i to czasem się nie udaje, zwłaszcza w miejscach, gdzie możemy usłyszeć frazy w rodzaju „Znikasz jak poranna mgła/Jak świeże bułki w sklepie” (Pytam).

Doprawdy, nie rozumiem, dlaczego A Ty wydaje mi się tak obca – ale tak właśnie jest. Jeżeli ktoś z Was oczekuje od muzyki czysto hedonistycznej przyjemności, ten omawiany dziś album zapewne polubi. Jeżeli jednak ktoś miałby takie nadzieje jak ja i chciałby zderzyć się z emocjami, które muzycy zaklęli na dwunastocentymetrowym krążku, ten będzie niepocieszony. Niestety, nie potrafię dobrze ocenić płyty, której brakuje głębi, nawet gdyby dawała mi ona sporo grzesznej satysfakcji. Tymczasem Chilli Crew mniej lub bardziej zawodzi na obu tych polach.

 

(5 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!