Ciryam – Desires

Gatunek: metal
Data wydania: 2015
Spis utworów: 1. Alone; 2. Deep; 3. For You; 4. Dream’s Factory; 5. Red Rain; 6. In the Cage; 7. Between; 8. Pine Code; 9. Dices; 10. Game; 11. Puppet; 12. Pine Code (Radio Edit); 13. Red Rain (Radio Edit); 14. For You (Radio Edit)

 

Metal to muzyka zdominowana przez mężczyzn – Ozzy Osbourne, Rob Halford, Bruce Dickinson… Pozostałe kilka tysięcy nazwisk wpiszcie sobie sami. Ale i w tym gatunku zdarzają się śpiewające kobiety. I kiedy trafia się taki casus, to zawsze uważnie nadstawiam uszu, bo zazwyczaj alty i soprany nadają muzyce, zwłaszcza tej mocniejszej, odmiennego, a przez to intrygującego charakteru. Czy tak samo jest z krośnieńskim Ciryam? Cóż, ich najnowszy krążek właśnie kręci się w moim odtwarzaczu, a więc – przekonajmy się o tym sami.

Ciryam to zespół aktywny na scenie od osiemnastu lat. Desires zaś to czwarty krążek w jego dorobku. Nie dziwi zatem, że zaprezentowana na nim muzyka stanowi przejaw dojrzałego, w pełni autorskiego stylu. Ten zaś niepodobna nazwać tuzinkowym. Choć skwierczący, gitarowy przester i podwójna stopa nie pozostawiają wątpliwości, iż mamy do czynienia z metalem, to jego formuła nie jest na tyle oczywista, by zamknąć ją w jednym zdaniu. Dzieje się tak głównie dzięki temu, że obok rozpędzonych kawałków, podchodzących pod manierę heavy metalu (Dices), możemy usłyszeć również ascetyczne, a zarazem cholernie nośne, punktowane utwory, w których młócka załącza się dopiero później (Red Rain, Game). Skontrastowanie spokojniejszych, niekiedy bardziej progresywnych partii zwrotek ze zgniatającym refrenem to zresztą zabieg dość typowy, ale nawet jeśli Ciryam wykorzystuje go w sposób standardowy, to nie sposób odmówić mu w tym odrobiny uroku. Jest tak być może za sprawą naprawdę fajnych, gitarowych riffów, które z jednej strony trudno uznać za przesadnie nowatorskie, z drugiej jednak – niosą ze sobą masę energii. We fragmentach, gdzie pojawia się przester, płycie zdarza się brzmieć bardzo klasycznie, jak gdyby muzycy przed wejściem do studia słuchali na zmianę Black Sabbath, Iron Maiden i Helloween. Z drugiej strony, takie Puppet na przykład to dawka nowocześniejszego riffu, którego nie powstydziłoby się System of a Down.

Jak do tego ma się kobiecy wokal? Spieszę odpowiedzieć: bardzo dobrze, a wręcz wybitnie. Melodie nie tylko perfekcyjnie wykonano, ale przede wszystkim bardzo dobrze pomyślano. Wrażenie robi przede wszystkim dynamika: Monika Węgrzyn biega sobie jak gdyby nigdy nic po skali od góry do dołu, czego najlepszym przykładem jest już otwierający krążek Alone. O ile jednak czyste górki brzmią świetnie technicznie, to prawdziwie przekonują niższe partie, w których wokale nabierają dodatkowego charakteru (Deep). Dodajmy do tego inteligentnie zaaranżowane harmonie wokalne, a nie będziemy mieli wątpliwości, że kobieta w tego typu muzyce może brzmieć bardziej zadziornie niż niejeden facet.

Niestety, Desires szkodzą dwie sprawy, o których zazwyczaj nie piszę i o których aż głupio mi wspominać. Sprawa pierwsza – produkcja. Niby wszystko jest z nią w porządku, ale trudno pozbyć się wrażenia, że brzmienie całości jest mało selektywne. To szkoda zarówno dla gitar i sekcji rytmicznej, jak i dla wokalu, któremu poskąpiono solidnego kompresora, przez co ma się niekiedy wrażenie, że idzie on obok instrumentów, zamiast się z nimi uzupełniać. Sprawa druga – teksty po angielsku. Nie żeby coś było z nimi nie tak: problem polega na dość kwadratowym i lekko bełkotliwym akcencie Moniki Węgrzyn. Wspominam o tym jako ktoś, kto z językiem angielskim ma do czynienia na co dzień i kogo drażni na przykład śpiewanie „hypnatic” zamiast „hypnotic” (For You). Mogę mieć jedynie nadzieję, że jesteście mniej wyczuleni niż ja i tego nie usłyszycie. Niestety, oba te elementy, wzięte razem, sprawiają, że płyta zdaje się zatopiona w jakimś aselektywnym sosie, który nie pozwala z całą mocą wybrzmieć riffom i odbiera część energii. Szkoda.

Przyznaję, że Desires otarło się o poprzeczkę, która oddziela płyty bardzo dobre od rewelacyjnych, zaś o werdykcie zadecydowały niuanse. Nie dajcie się jednak zwieść tej pozornej krytyce: koniec końców czwarta płyta Ciryam oferuje kawał świetnego metalu z wycieczkami w przystępniejsze strony. Aż dziw bierze, że grupa – choć koncertowała u boku najlepszych – nie zdobyła jeszcze rozgłosu na miarę Closterkeller czy Moonspell (chyba, że o czymś nie wiem). A wierzcie mi: bez wątpienia na niego zasługuje. Kto uważa inaczej, niech sięgnie po Desires, posłucha, a potem… Daję głowę, że zmieni zdanie.

 

7 Stars (7 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!