Czerwone Gitary – Czerwone Gitary 3

Gatunek: bigbit
Data wydania: 1968
Spis utworów: 1. Moda i miłość; 2. Takie ładne oczy; 3. My z XX wieku; 4. W moich myślach Consuelo; 5. Jeśli tego chcesz; 6. Ballada pasterska; 7. Dozwolone do lat osiemnastu; 8. Kwiaty we włosach; 9. Chciałbym to widzieć; 10. Gdy kiedyś znów zawołam cię; 11. Jedno jest życie; 12. Nie licz dni

 

Lata 60. to bez wątpienia złoty czas dla polskiej piosenki. Wbrew temu, co można by pomyśleć, okres ten – choć nazywany powszechnie „komuną” – nie był tak szary i beznadziejny: ludzie pracowali, zakochiwali się, jak również – a jakże! – słuchali muzyki. Ówcześni artyści, mimo że borykali się z wieloma problemami, potrafili zaś nie tylko sprostać gustom ówczesnych Polaków, ale również wykreować oryginalny gatunek muzyczny – bigbit. I choć można się zżymać, że w istocie jest to „nieimperialistyczna” nazwa rock and rolla, to trudno odmówić tej muzyce własnego stylu. Czego zdecydowanie dowodzi trzecia w dorobku płyta Czerwonych Gitar, zatytułowana po prostu – Czerwone Gitary 3.

Pozwolę na początku jednoznacznie określić swoje stanowisko – Krzysztof Klenczon jest dla mnie jednym z najwybitniejszych kompozytorów w powojennej Polsce, zaś jego emigrację do Stanów Zjednoczonych oraz przedwczesną śmierć uważam za największą stratę polskiej muzyki. Jego zdolność do pisania piosenek o niezwykłym ładunku emocjonalnym jest wprost niesamowita. Miał on również duże szczęście do muzyków towarzyszących, takich jak Seweryn Krajewski czy Jerzy Skrzypczak, którzy stworzyli razem nagranie legendarne, sprawdzające się zwłaszcza jako odtrutka od tego, co dziś – za sprawą ograniczonej perspektywy – nazywamy muzyką.

Czerwone Gitary 3 dowodzi, że zespół pod wodzą Klenczona niesłusznie nieco zasłynął z piosenek skocznych i wesołych, opowiadających głównie o prostym, naiwnym niekiedy uczuciu. Choć utwory takie jak Takie ładne oczy czy – mimo wszystko nieco nostalgiczne – Dozwolone do lat osiemnastu są szczerze dojmujące, to nie stanowią one potwierdzenia, że omawiana dziś płyta jest czymś więcej niż młodzieżową muzyką bez większych ambicji. Wystarczy jednak przemknąć po setliście, by wydobyć utwory wręcz porażające. My z XX wieku – swoista spowiedź pokolenia, którego młodość upłynęła w czasach odbudowy po wojennej pożodze. „Dokąd pójdziemy drogą pod wiatr – my z XX wieku?/Kto nam pomoże znaleźć gdzieś ślad/Uczuć człowieka w człowieku?” – pyta Klenczon na tle dźwięku spadających rakiet. Coś z ludowej, bolesnej pieśni ma Ballada pasterska, odwołująca się do folkloru górskiego – tyle, że bez słomianej, skocznej góralszczyzny, jaką znamy dziś. Poruszają również Gdy kiedyś znów zawołam cię oraz Jedno jest życie. W tym drugim Krajewski żarliwie deklaruje „Bo kocha się raz, bo zdarza się raz/Pierwsza miłość/Czas bronić młodości swej!/Ginąć już nie chce nikt/Chcemy kochać, chcemy żyć!”. Na tle posępnych dźwięków kompozycji słowa te robią niezwykłe wrażenie, zwłaszcza jako wyznanie pokolenia powojennego. Najgenialniejszą jednak kompozycją są – powszechnie chyba znane – Kwiaty we włosach. Niezwykle melancholijny, głęboki tekst, świetnie poprowadzona, pełna rezygnacji linia melodii z rewelacyjnymi harmoniami, a także minorowe akordy gitary – to najlepszy dowód, iż Czerwone Gitary to zespół znacznie poważniejszy niż na co dzień się o nim myśli.

Oczywiście nie wszystkie kompozycje mają równie druzgoczący charakter – nie brakuje tu klasycznego niemal rock and rolla (Nie licz dni), a także piosenek co najmniej dyskusyjnych. Do takich nieudanych kompozycji zalicza się m.in. W moich myślach Consuelo, gdzie organy nadają mroku, ale zarazem utwór nie ma zapamiętywalnej linii wokalu. Bezsprzecznie najsłabsza jest natomiast jedyna piosenka, napisana przez Bernarda Dornowskiego, Chciałbym to widzieć. Utrzymana w metrum 2/2, nieco udziwniona, o najbardziej banalnym refrenie.

Mimo tych uwag, nie sposób nie dostrzec, iż prawie pół wieku od nagrania Czerwone Gitary 3 to album rewelacyjny i swoista kronika swoich czasów. Niekwestionowany klimat całości jest dziś czymś wręcz unikalnym. Trudno jest po przesłuchaniu tego krążka stwierdzić, że muzycy nie czują tego, co grają. Jest całkowicie inaczej – oni żyją tą muzyką i wykonują ją ze szczerością, jakiej dziś już nie usłyszycie. Choć nie wszystkie melodie porażają oryginalnością, a teksty – powagą, to przecież tego możemy się spodziewać się po dwudziestoparoletnich muzykach. Powiem nawet więcej – jeżeli zestawicie ze sobą debiut The Beatles oraz omawianą dziś płytę, to porównanie wypada na korzyść Polaków. Choć oczywiście można zarzucić mi w tym miejscu anachronizm – wszak oba krążki dzieli pięć lat – to różnica ta jest na tyle niewielka, by raz na zawsze rozprawić się z zarzutem, że bigbit to zaledwie odprysk zachodniej muzyki.

Czas na podsumowanie, które może być tylko jedno – po pół wieku Czerwone Gitary 3 brzmią tak samo dobrze jak w chwili debiutu. I choć na swój czas nie była to płyta wybitna, głównie za sprawą mocnej konkurencji, to w stosunku do muzyki współczesnej jest to osiągnięcie niemal niedoścignione. Przede wszystkim zaś jest to kopalnia klimatu – pocztówka ze świata, którego już nie ma. Trudno jest za nim nie zatęsknić, słuchając tych subtelnych wyznań miłości i tych przepełnionych uczuciami melodii. Na pohybel twerkingowi, hipsterom, modom i komercjalizacji – kończę: po takiej dawce takiej muzyki możemy poczuć się niczym.

 

(8 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!