Czerwone Gitary – Spokój serca

Gatunek: rock
Data wydania: 1971
Spis utworów: 1. Uwierz mi, Lili; 2. Nie jesteś ciszą; 3. Nocne całowanie; 4. Gdy trudno zasnąć; 5. Płoną góry, płoną lasy; 6. Jesteś dziewczyno, tęsknotą; 7. Uczę się żyć; 8. Pierwsza noc; 9. Spokój serca

 

„To już nie to samo” – z takim mniej więcej przekonaniem podchodzę do płyt Czerwony Gitar nagranych bez Krzysztofa Klenczona. Ja wiem, że to nieprofesjonalne, bo i Sewerynowi Krajewskiemu trzeba dać szansę i nie dyskredytować z góry jego dokonań. Dlatego Spokój serca – mimo, nomen omen, serca drżenia – eksplorowałem z głową całkowicie czystą, bez uprzedzeń i oczekiwań. A jednak krążek już z półki sklepowej krzyczy okładką: „to inne Czerwone Gitary”. I jak tu nie powiedzieć, że to nie to samo?

Pierwszą rzeczą, którą można dostrzec patrząc jedynie na kopertę i bez włączania płyty, jest zmiana w aranżacjach. W klasycznym, bigbitowym okresie utwory Czerwonych Gitar rzadko kiedy trwały dłużej niż trzy i pół minuty. Tymczasem Spokój serca to siedem piosenek powyżej czterech i dwie oscylujące wokół sześciu minut. Siłą rzeczy oznacza to konieczność rozbudowania aranżacji, bowiem proste kompozycje, znane chociażby z To właśnie my, byłyby w takim wymiarze czasowym nie do przeskoczenia. Drugą cechą, którą można wykoncypować mając w pamięci Na fujarce, jest skręt samodzielnie dowodzącego Czerwonymi Gitarami Krajewskiego w stronę brzmienia bardziej rockowego. Kto liczył na mocniejsze partie gitar, solówki i generalnie ostrzejsze kompozycje, ten nie powinien poczuć się rozczarowany. Tego rodzaju inspiracje można bowiem znaleźć w dość nerwowym, podchodzącym pod nową falę Nocnym całowaniu, a także w nieco już spokojniejszym, ale wciąż energicznym Uczę się żyć. Co ciekawe, okazjonalnie odzywa się tu również gdzieś klimat starych Czerwonych Gitar: tak jest chociażby z Uwierz mi, Lili. Nie ma się jednak co czarować – od wydanego pięć lat wcześniej debiutu grupa przebyła długą drogę, zaś miejsce, w którym znajdowała się w chwili nagrywania Spokoju serca było bardzo odległe od punktu wyjścia. Najlepiej bodaj dowodzą tego Płoną góry, płoną lasy, gdzie odzywa się wreszcie klimat i duch starszych nagrań – jest tam zarówno ciekawa melodia, jak i świetny tekst. Do tego kilkukrotnie nakładany wokal Krajewskiego daje wrażenie zalążka harmonii wokalnych, z których Czerwone Gitary onegdaj słynęły. Nic dziwnego, że kompozycja ta spotkała się gorącym przyjęciem na festiwalu w Opolu: przez te cztery minuty – i tylko przez nie – zespół brzmi jak za czasów Klenczona.

Niestety, ten krótki fragment nie zmienia faktu, że Krajewski ponownie wpada niekiedy na pomysły przeciętne. Zarzut ten dotyczy przede wszystkim melodii, z których część jest po prostu banalna. Co gorsza, trafiają się tu dwie ballady – Nie jesteś ciszą oraz Jesteś dziewczyno, tęsknotą – obie rzewne, rozwleczone i stosunkowo infantylne, które nie są w stanie niczym przekonać. Niestety zajmują one spory kawałek płyty, a konieczności ich słuchania nie rekompensują inne kompozycje, które trudno określić inaczej niż jako bardzo poprawne. Nie mam zamiaru nawet porównywać omawianego dziś krążka do najlepszych osiągnięć formacji – Spokój serca wypada bowiem na tym tle blado. Rzecz jasna trudno nazwać go płytą złą, ale poprzeczka poprzednich wydawnictw zawieszona była na tyle wysoko, że Krajewski nie był w stanie przeskoczyć jej w pojedynkę.

Nie oznacza to rzecz jasna, że recenzowany dziś album jest zły. Wprost przeciwnie – można na nim znaleźć spory kawałek ciekawie zaaranżowanego i przyjemnie zaśpiewanego rocka. Główny problem tkwi w tym, że Czerwone Gitary przyzwyczaiły mnie do czegoś więcej, a Spokój serca owego „więcej” nie ujawnia. Dlatego też dość surowa ocena na tle reszty dorobku formacji oraz pozytywna na tle muzyki w ogóle. Trudno pozbyć się wrażenia, że powiedzenie „lepsze wrogiem dobrego” znajduje tutaj swoje najdobitniejsze potwierdzenie.

 

6 Stars (6 / 10)

Save

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!