Deacon Blue – Live at the Glasgow Barrowlands

Gatunek: pop rock
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Come Awake; 2. Gone; 3. Your Town; 4. Bethlehem Begins; 5. Raintown; 6. Chocolate Girl; 7. The Outsiders; 8. Your Swaying Arms; 9. This Is a Love Song; 10. Real Gone Kid; 11. The Believers; 12. Cover From the Sky; 13. Birds; 14. Town To Be Blamed; 15. Delivery Man; 16. The Hipsters; 17. Loaded; 18. Wages Day; 19. Fergus Sings the Blues; 20. That’s What We Can Do; 21. I Will and I Won’t; 22. When Will You Make (My Telephone Ring); 23. I’ll Never Fall In Love Again; 24. Dignity; 25. Twist and Shout ; 26. Queen of the New Year; 27. Forever Young

 

Deacon Blue to zespół o historii wyboistej. Mimo iż uchodzi on za grupę znaną w Wielkiej Brytanii, nigdy nie udało mu się podbić ani Europy kontynentalnej, ani Stanów Zjednoczonych. Cezurę popularności stanowi również zawieszenie działalności w latach 1994-1999. To właśnie przed tą przerwą skład święcił największe triumfy. I choć niemalże od dwóch dekad Deacon Blue nieprzerwanie koncertuje i nagrywa kolejne płyty, to sytuują się one co najwyżej w drugiej dziesiątce brytyjskich list przebojów, zaś o powroty do laurów w postaci złotych czy nawet platynowych płyt (jak w przypadku krążków When the World Knows Your Name czy Fellow Hoodlums) nie ma nawet mowy.

Trendu tego nie odwróci zapewne również koncertówka Live at the Glasgow Barrowlands, która jest drugim nagraniem live w historii zespołu. Pierwsze, które nosi zaiste oryginalny tytuł Live, ukazało się na rynku przed ośmiu laty. Rodzi się zatem pytanie: skoro zespół istnieje od ponad trzydziestu lat, zaś niecałą dekadę temu ukazał się przeciętnie przyjęty krążek koncertowy (jako jeden z czterech w dorobku Deacon Blue nie był on notowany na liście przebojów), po co wydawać kolejny? Nie wiem. Możliwe, że zespół chciał pokazać dwie przeciwstawne rzeczy: iż się zmienia, ale tak naprawdę wciąż pozostaje ten sam. Ta uwaga zasadna jest zwłaszcza w kontekście setlisty – rzut oka wystarczy, by zobaczyć, iż zdominowały ją utwory z dwóch albumów studyjnych: wydanego w roku 2016 Believers (siedem kompozycji) oraz debiutanckiego, nagranego przed trzydziestu laty Raintown (sześć utworów). Mówiąc zaś ogólnie, akcent wyraźnie przesunięty jest w stronę piosenek starszych, choć nie brakuje również okazjonalnego sięgania po repertuar z albumów wydanych już w XXI wieku.

Niestety, trudno o mnie powiedzieć, bym był fanem Deacon Blue, zaś przesłuchanie Live at the Glasgow Barrowlands z pewnością tego stanu rzeczy nie zmieni. Na wstępie trzeba zauważyć, że płyta jest naprawdę długa – to dwadzieścia siedem piosenek o łącznym czasie trwania grubo przekraczającym dwie godziny. Chyba nikt prócz fanów nie wytrwa z nią od początku do końca. Choć utwory pochodzą z różnych okresów działalności, to trudno powiedzieć, by zachodziły między nimi znaczące różnice. Deacon Blue od swojego zaistnienia porusza się po wydeptanych ścieżkach typowego pop rocka. Utwory mają zatem umiarkowane tempa, zaaranżowane są na łagodną, niekiedy pozbawioną przesteru gitarę, a także fortepian oraz syntezator. Okazjonalnie błysną smyki czy dęciaki, na ogół jednak dominuje brzmienie syntezatorowo-gitarowe. Niepoślednią rolę odgrywa rzecz jasna wokal, w którym można upatrywać ewentualnego wyróżnika Deacon Blue – znakiem rozpoznawczym Brytyjczyków są bowiem męsko-żeńskie harmonie wokalne. I choć zabieg ten intryguje, zwłaszcza, że wokale wysunięto mocno do przodu, więc można się w nich zasłuchiwać, to po pewnym czasie powszednieje. Stąd, mimo że części piosenek nie sposób odmówić dynamizmu i bardziej rockowego zacięcia (Town to be Blamed), to na ogół dominuje sztampowe granie. Nie sposób nazwać go złym, ale zarazem fan nieco bardziej niestandardowych brzmień nie znajdzie tu nic dla siebie. Niestety, jest to cecha nie tyle Live at the Glasgow Barrowlands, ile raczej całej twórczości zespołu.

Natomiast zarzut, który bezpośrednio dotyka omawianej dziś koncertówki brzmi następująco: otóż nie słychać, by była to koncertówka. Brzmienie jest tak wypielęgnowane i tak selektywne, iż nie sposób odróżnić niektórych piosenek od ich nagranych w studiu pierwowzorów. Gitara jest przepięknie rozłożona po kanałach, klawisze są słyszalne genialnie, wokale ani razu się nie mylą. Publiczność wmiksowana jest subtelnie – zazwyczaj słychać ją na początku i na końcu piosenki lub wtedy, gdy Ricky Ross zaprasza ją do zabawy. Również same utwory odegrane są zazwyczaj podobnie jak na albumach studyjnych. Wyjątkiem jest parę miejsc, w których wokalista opowiada dowcipy (Chocolate Girl) lub wydłuża kompozycję (Real Gone Kid). Z rutyny wybijają również dwa covery, którymi są Twist and Shout (pochodząca z dorobku The Beatles) oraz Forever Young (pierwotnie wykonywana przez Alphaville).

Ostatecznie jednak Live at the Glasgow Barrowlands okazuje się płytą bardzo zachowawczą, w której nie ma miejsca na typowo koncertowe szaleństwa. Ross i koledzy prezentują się jako stateczni muzycy, którzy wykonują swoje piosenki. Niestety, przy braku naprawdę zapamiętywalnych utworów oraz przy długości płyty taka maniera okazuje się zabójcza. Trudno również pojąć, po co Deacon Blue zdecydowało się na wydanie takiego krążka. Czy chodzi o spopularyzowanie nowszych piosenek? A może pokazanie, że zespół ciągle żyje? Jakakolwiek nie byłaby to przyczyna, należałoby jeszcze raz się zastanowić, czy jest ona wystarczająca, a także, czy ostateczny kształt wydawnictwa powinien być właśnie taki, a nie inny.

Nie oznacza to, iż Live at the Glasgow Barrowlands to płyta jednoznacznie zła. Dla fanów jest to bowiem zapewne pozycja obowiązkowa. Kiedy myślę jednak o bardziej okazjonalnych słuchaczach Brytyjczyków, nie mogę pozbyć się myśli, iż omawiany dziś krążek bardziej ich zniechęci niż zachęci. Deacon Blue jest zespołem zasłużonym, a ponadto wykonującym dobrą robotę, ale zarazem nudnym oraz mało przebojowym, czego najnowsze wydawnictwo live boleśnie dowodzi. A tych wad muzyka taka jak pop rock niestety nie wybacza.

 

5 Stars (5 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!