Demi Lovato – Tell Me You Love Me

Gatunek: pop
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Sorry Not Sorry; 2. Tell Me You Love Me; 3. Sexy Dirty Love; 4. You Don’t Do It for Me Anymore; 5. Daddy Issues; 6. Ruin the Friendship; 7. Only Forever; 8. Lonely; 9. Cry Baby; 10. Games; 11. Concentrate; 12. Hitchhiker

 

Dotychczas myślałem, że nieprzewidywalność to jedna z zalet muzyki. Wszak każdy krążek, zanim znajdzie się w odtwarzaczu, jest niewiadomą. Jak go ocenię? Jakie emocje wywoła? Czy zostanie ze mną na dłużej? I muszę przyznać, że Confident – poprzednia płyta Demi Lovato – była dla mnie nie tyle zaskoczeniem, ile szokiem. Gwiazdka Disneya, która nawiązuje do najlepszych osiągnięć popu sprzed dwudziestu czy trzydziestu lat? Przyznajcie – tego nie mógł spodziewać się nikt. Nie może zatem dziwić, że względem Tell Me You Love Me miałem sporo nadziei. I tym razem również dałem się zaskoczyć. Niestety, negatywnie.

Cały urok poprzedniczki omawianej dziś płyty polegał przede wszystkim na sięganiu po patenty odstające nieco od współczesności. Jeżeli bowiem mówimy o popie AD 2017, to mamy na myśli dwie rzeczy – albo dyskotekową łupankę, albo ascetyczne brzmienia, będące tłem dla przeprodukowanych wokali. I o ile Confident podążała drogą gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami, to najnowsza płyta Lovato zdecydowanie zbliża się do drugiej z tych stylistyk. Większość piosenek, jakie usłyszymy na Tell Me You Love Me, składa się z wolnego, oszczędnego beatu oraz linii wokali. Niekiedy tego typu aranżacje uzupełniane są jakimiś brzmieniowymi dziwolągami (Sorry Not Sorry), zdarzają się jednak również piosenki, które spokojnie nadawałyby się na kolejną płytę FKA Twigs (Lonely). Ten utarty schemat wokalistka próbuje na różne sposoby przełamać i nawiązuje na przykład do muzyki gospel (Tell Me You Love Me), czy podbija wszystko – tandetnym, trzeba przyznać – brzmieniem skrzypiec (You Don’t Do It for Me Anymore). I choć te piosenki pozwalają jej nieco zaszaleć i pochwalić się techniką, to w słuchaczu rodzi się pytanie: po cholerę nam druga Adele? (Pomijam już fakt, iż nie jestem fanem nawet tej pierwszej). Niestety, nadanie krążkowi „nowoczesnego” brzmienia spod znaku R&B sprawia, że całość brzmi po prostu prymitywnie. W ten sposób Demi traci jeden z atutów, czyli autentyczną rozpoznawalność.

Utworów, które łamałyby ten paradygmat, na Tell Me You Love Me zbyt wiele niestety nie ma. Na przykład takie Sexy Dirty Love, choć próbuje nawiązywać do synthpopu – co całkiem nieźle się udaje, na przykład za sprawą nisko nastrojonego werbla rodem z lat 80. – wcale nie jest dobrą piosenką. Niewiele lepiej wypada nieco bardziej gitarowe Concentrate, które jest po prostu wystękane, co stanowi charakterystyczną przypadłość całej płyty. Z zestawu broni się praktycznie tylko jeden utwór: Cry Baby. Piosenka ta, zagrana w metrum 6/8 i ozdobiona bardzo ładnymi partiami gitary elektrycznej, brzmi jak dobry kawałek Spice Girls. I mimo że jest to ballada, to jej bezpretensjonalność, a także swoista oryginalność, przywodzi mi na myśl Stone Cold z poprzedniego krążka, do którego nadal chętnie wracam. Niestety, na tle całego wydawnictwa jest to ewenement; całą resztę upitolono już bez takiego polotu.

Tell Me You Love Me nie jest płytą złą. Nie sposób bardzo się z nią nudzić, nie budzi również niesmaku. Demi nadal ma kawał głosu i przyznaję, że słychać to chyba lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Jeżeli jednak czuję się zawiedziony, to głównie dlatego, że porzuciła ona swój własny styl, jak gdyby bojąc się, że brzmi inaczej niż popowa czołówka. Mam ochotę powiedzieć: dziewczyno, czego się boisz? Lady Gaga dała radę, One Direction dało radę, a zatem – odwagi! Płytami takimi jak Tell Me You Love Me nie zmieni się historii muzyki pop. A jeżeli tak, to co masz do stracenia?

 

(5 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!