FKA Twigs – LP1

Gatunek: R&B
Data wydania: 2014
Spis utworów: 1. Preface; 2. Lights On; 3. Two Weeks; 4. Hours; 5. Pendulum; 6. Video Girl; 7. Numbers; 8. Closer; 9. Give Up; 10. Kicks

 

Na początku zagadka, zapisana rozdygotanymi dłońmi recenzenta: co łączy Guardiana, Mojo, New Musical Express, Pitchfork, Q Magazine i Rolling Stone? Otóż pisma te jednogłośnie uznały, że debiutancka płyta wokalistki Tahlii Debrett Barnett, znanej bardziej jako FKA Twigs*, to jeden z najlepszych krążków roku 2014, czemu zresztą przyklaskują polscy blogerzy. To ciekawe – myślę sobie. Zdaniem recenzentów wspomnianych wyżej magazynów muzycznych, LP1 to nagranie, które „mieni się pełnym spectrum kolorów, oferując eteryczne R&B, które nie boi się iść w stronę elektroniki” (A.V. Club), a przy tym dostarcza „emocjonalnego bagna, uleczonego nieszczęścia, desperackiego szukania uznania, nadającej godności mocy miłości i szacunku […] – Twigs staje w obronie zarówno sytuacji swojej, jak i współczesnego świata” (Pitchfork). Ja zaś nie byłbym sobą, gdybym nie sprawdził, na ile słowa te pokrywają się z prawdą.

Czas na fakty. Zgodnie z oceną w serwisie Metacritic, średnia dla LP1 wynosi 86 punktów na 100. To dużo. Na tej samej stronie możemy przeczytać, że gatunek uprawiany przez brytyjską artystkę to „eksperymentalne R&B”. O ile R&B jest powszechnie znane, stopniowo wypierając to, co zwykliśmy zwać za czasów Michaela Jacksona popem, o tyle epitet eksperymentalny jawi się bardziej tajemniczo, a wręcz – to już moja interpretacja – dwojako. Po pierwsze, możemy go odnieść do bardzo oszczędnej, ascetycznej stylistyki, na którą składa się głównie głęboki, osadzony w tle beat oraz głos wokalistki, podciągnięty reverbami, by nadać mu odpowiedniej przestrzenności. LP1 stoi zatem w ostrej opozycji do tego, co dzieje się dziś w muzyce popularnej, w której panuje raczej zasada odwrotna, czyli: więcej znaczy lepiej. Jakiś czas temu za sprzeciwienie się tej tendencji skomplementowałem Christinę Grimmie, ale pod tym względem FKA Twigs osiąga absolutną granicę: bardziej oszczędna byłaby już tylko cisza. Po drugie, muzyka jest nietypowa ze względu na aranżację. Pojawiają się tu dziwne, zapętlone sample, wokal często osnuty jest wokół nietypowego efektu; tego rodzaju rozwiązania formalne przypominają mi nieco utwory krajana pani Barnett, Stephena Wilkinsona, znanego jako Bibio. Jeżeli dodatkowo weźmiemy pod uwagę, że LP1 to debiut – jakkolwiek poprzedzony dwoma płytami EP – to musimy stwierdzić, że FKA Twigs jest odważna, a zarazem świadoma swojego stylu.

I wszystko byłoby dobrze, gdyby za deklaracją o „eksperymentalnym R&B” szły rzeczywiście dobre utwory. Jest całkowicie inaczej. LP1 okazuje się wypranym ze szczerych emocji, rozwleczonym do granic możliwości tworem muzykopodobnym, na którym nie sposób znaleźć piosenek. Oczywiście na słowa te podskoczy do góry wszelki reaktywny element – hipsterzy czy millenialsi, dla których szczytem alternatywy jest utwór 4:33; cała reszta słuchaczy powinna machnąć na LP1 ręką. By wyrazić się jaśniej: dziesięć utworów składających się na tę płytę to tak naprawdę jeden kawałek, na którym Barnett stęka, jęczy i zawodzi falsetem, ale z rzadka śpiewa. Jeżeli dodatkowo uwzględnimy fakt, że prócz jej wysokiego i przesłodzonego niekiedy głosu (patrz: Give Up) na płycie nie dzieje się prawie nic, otrzymamy dobre podsumowanie tego „albumu roku”. Mówiąc bardziej wprost, nie wiem jak dużo pieniędzy trzeba dostać albo jak tępym być, żeby skomplementować ten nienadający się do słuchania ekskrement współczesnej muzyki.

Oczywiście, domyślam się motywów redaktorów wspomnianych wyżej pism. Te mogą być dwa. Po pierwsze, jeżeli uwzględnić to, co robi FKA Twigs na tle popowej konkurencji, to alternatywa jest oczywista: szaleństwo albo geniusz. A że obie te rzeczy dzieli wyjątkowo wąska granica, dla większości recenzentów są one nierozróżnialne. Problem jednak w tym, że jeżeli Lady Gaga rozłupuje łeb basem i zaśpiewami, których nie powstydziłaby się Cascada czy jakakolwiek inna gwiazdka techno, to jej przeciwieństwo nie musi być od razu objawieniem na miarę Księgi Mormona. Nawet jeśli LP1 jest zwrotem w stosunku do współczesnej muzyki, to jest to zwrot o sławetne trzysta sześćdziesiąt stopni. Po drugie, najwyraźniej wielu recenzentów uznało, że to, co dzieje się na omawianym krążku, jest najlepszą cenzurką wystawioną czasom współczesnym. Jeżeli zaś tak, to mogę jedynie zakrzyknąć: o tempora, o mores! Posługując się jeszcze raz językiem bardziej dosadnym: jeżeli ktoś ma zamiar opowiadać takie głupoty tylko po to, żeby dorobić ideologię do słabej płyty, albo – co bardziej prawdopodobne w grajdole polskiego Internetu – nie odstawać recenzją od zachodnich ocen, to lepiej żeby się już zamknął.

Zajmijmy się jednak tą kwestią dłużej. Istnieją pewne przesłanki, by potraktować taką opinię poważnie. Z jednej strony, muzyczne dziwolągi cieszą się w czasach masowej produkcji identycznych bez mała singli wyjątkową popularnością, zwłaszcza w kręgach, które na źle pojętej oryginalności budują swoją tożsamość (wspominałem już o hipsterach i millenialsach?). Z drugiej, cały album, podobnie jak współczesna kultura, kręci się wokół seksu. Temat to niemłody; subtelna Sława Przybylska, śpiewa: „Pamiętasz, była jesień/Mały hotel „Pod Różami”, pokój numer osiem/Staruszek portier z uśmiechem dawał klucz/Na schodach niecierpliwie/Całowałeś po kryjomu moje włosy”. Tymczasem FKA Twigs nie śpiewa ani o romansie, ani o uczuciu, ani nawet o seksie, ale o zwierzęcej kopulacji, którą trafnie ująć można w hasło fuck and go away. Że to zbyt mocne stwierdzenie? Zobaczmy. (Uwaga! Tłumaczenie tekstów wymaga używania słów powszechnie uważanych za wulgarne). „Wyżej niż skurwiel/Marząc o nim/To moje kochanie/[…]/Mogę cię pierdolić lepiej, lepiej/[…]/Moje uda rozszerzają się, kiedy jesteś gotowy, by zaczerpnąć tchu/[…]/Skurwysynu, otwieraj usta, wiesz, że jesteś mój” (Two Weeks). Nie, to nie jest ścieżka dźwiękowa do filmu 50 twarzy Greya. To singiel (!) z tzw. płyty roku (!). Mało? To może jeszcze fragmencik kolejnego singla, Pendulum. „Jestem twoją słodką/małą kochanką/[…]/Chciałabym móc skonsumować cię słowami”. Jeszcze? To proszę sobie na chybił trafił wybrać dowolny tekst; wszystkie traktują o tym samym.

Nie chcę zostać posądzony o źle pojętą pruderię; muzyka to sztuka, w której istnieć powinien odpowiednik aktu czy erotyku. LP1 nie ma jednak nic wspólnego z erotyzmem: to wulgarne porno, do którego zidiociali recenzenci próbują dodawać ideologię lub… wskazywać praktyczne zastosowania. „To najlepsza muzyka do uprawiania seksu”, pisze redaktor A.V. Media. Trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić, tyle, że nie do tego służy muzyka. Kwestia przeznaczenia muzyki wydaje się być zresztą głównym problem w przypadku FKA Twigs. Bo muzyki przede wszystkim się słucha. Nie traktuje jako brzęczyka/zagłuszacza w trakcie jazdy autem czy pociągiem, podczas seksu czy kopania marchewki w ogródku, ale słucha. A LP1 do słuchania się nie nadaje. Płyta ta jest majstersztykiem marketingowym, angażując i na YouTube („ach, te klipy”, pieją recenzenci), i podczas krótkiej sesji z singlem, ale nie w trakcie zapoznawania się całą płytą; wtedy trudniej o lepszy lek na bezsenność.

Tak oto, proszę państwa, zrecenzowałem dziś płytę roku, na której istnieją co najwyżej zarysy piosenek. Nawet zresztą one wypadają słabo, bo nie dość że są takie same, to nie mają za grosz oryginalności. Melodie wyśpiewywane przez panią Barnett wołają o pomstę do nieba, zlewając się w papkę, z której nie sposób wyłowić dwóch następujących po sobie dźwięków. Biedny Michael Jackson w grobie się przewraca, muzycy ABBY włosy rwą z głowy, załamują ręce inni wykonawcy, gdy widzą, że na nic było układanie chwytających za serce refrenów, pięknych linii wokalnych i interesujących aranży, skoro tytuł jednej z najlepszych płyt roku można dostać i bez tych wszystkich zabiegów. Ale czy ktoś o tej płycie będzie pamiętał za dziesięć lat? Pusty śmiech mnie bierze, bo idę o zakład, że LP1 będzie przestarzała już przy okazji podsumowania roku 2015, który – oby lepszy muzycznie – być może bardziej podkreśli całkowitą nędzę recenzowanego dziś albumu.

Podsumowując, jestem przerażony i skonsternowany. Mój Boże, jeżeli tak ma wyglądać przyszłość rynku muzycznego to od jutra śledzę newsy z NASA z nadzieją, że zanim ukaże się kolejna płyta omawianej dziś wykonawczyni, w Ziemię uderzy planetoida, która sprawi, że nikt nie będzie już zachwycał się tego rodzaju wydmuszką i że zostaniemy zapamiętani jako autorzy Thriller, a nie Two Weeks. Bo LP1 to wydmuszka – rzeczywiście idealna na nasze czasy: czasy, w których nie wiemy już, czym jest muzyka, czym jest piękno, czym jest oryginalność. Liczy się tylko kopulacja i wlepiane na lewo i prawo tytuły płyt roku. O tempora, o mores!

* Tak, FKA Twigs, a nie FKA twigs. Protestuję przeciwko gwałceniu ortografii przez niedouczonych artystów, m.in. happysad, czy Paramore, którzy nie widzą nic złego w nazywaniu płyty brand new eyes. Muzycy niech się zajmą muzyką, z łaski swojej, a nie językoznawstwem.

 

(4 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!