Frank Sinatra – In the Wee Small Hours

Gatunek: stare brzmienia
Data wydania: 1955
Spis utworów: 1. In the Wee Small Hours of the Morning; 2. Mood Indigo; 3. Glad to Be Unhappy; 4. I Get Along Without You Very Well; 5. Deep in a Dream; 6. I See Your Face Before Me; 7. Can’t We Be Friends?; 8. When Your Lover Has Gone; 9. What Is This Thing Called Love?; 10. Last Night When We Were Young; 11. I’ll Be Around; 12. Ill Wind; 13. It Never Entered My Mind; 14. Dancing on the Ceiling; 15. I’ll Never Be the Same; 16. This Love of Mine

 

Recenzowanie płyt uważanych za przełomowe jest zadaniem niezwykle trudnym i powinno być scharakteryzowane jako działalność zupełnie inna niż ocenianie wydawniczych nowości. Po pierwsze, istnieją albumy, których po prostu nie wypada krytykować. Zarzucając With The Beatles banalność, a The Wall przerost formy nad treścią można najczęściej narazić się na zarzut, iż nie rozumie się kontekstu, w jakim dana muzyka powstała i roli, jaką odegrała. Z drugiej strony, wiele z tzw. klasycznych płyt to rzeczy zupełnie przestarzałe, które nie są w stanie zachwycić współczesnego słuchacza. Problem nie jest banalny – w grę wchodzi tu pytanie, jak winno oceniać się muzykę: czy przez pryzmat tego, jak oceniono by ją w czasach jej powstania, czy jak jest ona odbierania dzisiaj. Sądzę, że rozwiązaniem jest tu pogodzenie tych dwóch podejść. Istotne jest, by pamiętać, dlaczego muzyka była przełomowa w chwili powstania, ale kluczowa pozostaje mimo wszystko kwestia współczesnej recepcji – nikt przecież nie kupuje starych płyt w tym samym celu, w jakim kupuje się książki historyczne.

Po tym długim, porządkującym wstępie, przechodzę do właściwej recenzji. Dziś zajmuję się albumem tak starym, że właściwie wykraczającym poza muzykę rozumianą jako nowoczesna. Oto w roku 1955 – niemal sześćdziesiąt lat temu! – Frank Sinatra nagrał jedną z najważniejszych (ponoć) płyt w historii. Skąd takie twierdzenie? I czy jest ono uzasadnione? Spróbujmy odpowiedzieć.

Album In the Wee Small Hours to pierwsza w historii płyta koncepcyjna. Temat przewodni nie jest tu jednoznacznie wyeksponowany, a punkt wspólny pojawia się na wysokim stopniu ogólności – Sinatra śpiewa o samotności, smutku, nocy i zawiedzionej miłości. Teksty, do których sięga, to w większości utwory śpiewane już wcześniej (ówczesną manierą było korzystanie z gotowych tekstów i ich wielokrotne aranżowanie przez różnych artystów). Niekiedy są to utwory literackie niezwykłej urody. Przykładem niech będzie Deep in a Dream: “I dim all the lights and I sink in my chair/The smoke from my cigarette climbs through the air/The walls of my room fade away in the blue/And I’m deep in a dream of you”.

Muzyka wykonywana przez Sinatrę klasyfikuje się w gatunku, który dziś właściwie nie istnieje. Tło muzyczne stanowią spokojne, orkiestrowe aranżacje, pełne smyków, cymbałów, fortepianu, a nawet harfy. Są to zazwyczaj przepiękne motywy, brzmiące jak najlepsze utwory epoki. Jednakże jest to jedynie tło – rzeczą kluczową jest przede wszystkim głos Sinatry: niski, charakterystyczny, smutny i melancholijny. Rzecz ważna: Sinatra nie brzmi jak zrozpaczony amant. To właśnie ostatnie z określeń tej muzyki – melancholijna – wydaje się najlepsze. Wokal przypomina bardziej głos człowieka, który późną nocą siedzi na barowym stołku, zapatrzony w alkohol pozostały na dnie szklanki i głęboko wzdycha, wyrzucając z siebie wezbrane uczucia. Co więcej, uczucia te są bardzo szczere. Jeżeli spojrzy się w biografię Sinatry, od razu można dostrzec, że rozstanie z Avą Gardner (rozwód nastąpił dwa lata po nagraniu płyty) wpłynął na uczucia wokalisty, nadając im głębi i szczerości. Sinatrze zdarzało się nawet płakać po nagraniu niektórych ścieżek – nie ma w tym nic dziwnego. Ten magiczny klimat w znacznej mierze udziela się słuchaczowi.

Tym razem nie sposób wyszczególniać kolejnych piosenek. Są one do siebie bardzo podobne i dość jednostajne. Jest to oczywiście specyfika tej muzyki, ale również potencjalny zarzut. Nawet po dziesiątym przesłuchaniu trudno jest odróżnić poszczególne utwory – zagrane i zaśpiewane mniej więcej w ten sam sposób. Co jednak dziwne, płyta nie jest w najmniejszym stopniu nużąca. Nie do końca wiem czego to zasługa. Być może przejmującego nastroju, w który słuchacz się wprost zatapia, nie zwracając uwagi na mijający czas? Drugi z potencjalnych zarzutów brzmi: nie każdy będzie umiał odnaleźć się w atmosferze tego albumu. To prawda. Płyta zdaje się naturalnie przeznaczona do słuchania w nocy. W ciemnym pokoju, ze słuchawkami na uszach, obserwując pełzający po podłodze blady blask księżyca słuchacz wie, że płyta brzmi dokładnie tak, jak powinna. Samotny człowiek może poczuć się naprawdę poruszony, słuchając przez snem piosenki tytułowej. Niestety, zakładam, że klimat ten nie przemówi do każdego.

Podsumowując, oceniając tę płytę z historycznego punktu widzenia nie sposób odmówić jej znaczącej roli, jaką odegrała. Ale Frank Sinatra ma wiele do zaoferowania również i dzisiaj. Sposób wykonywania muzyki i wokaliz mógł się trochę zestarzeć, choć zdaje się, że bardziej adekwatnie można mówić o dojrzewaniu. Sinatra śpiewa o czasach, których już nie ma, w sposób, jakiego dziś się nie stosuje, budując klimat tak rzadki we współczesnej muzyce… Jeśli dla kogoś jest to wystarczająca rekomendacja do zapoznania się z płytą, zapraszam.

 

8 Stars (8 / 10)

Save

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!