Glen Hansard – Between Two Shores

Gatunek: folk
Data wydania: 2018
Spis utworów: 1. Roll On Slow; 2. Why Woman; 3. Wheels on Fire; 4. Wreckless Heart; 5. Movin’ On; 6. Setting Forth; 7. Lucky Man; 8. One of Us Must Lose; 9. Your Heart’s Not In It; 10. Time Will Be the Healer

 

Ci z Was, którzy pamiętają Glena Hansarda jako młodego muzyka występującego w filmie Once, nie powinni oglądać jego zdjęć sprzed roku czy dwóch, ani tym bardziej patrzeć na widoczną wyżej okładkę. Niestety, czas nie obszedł się z artystą łaskawie, choć przecież – z drugiej strony – Irlandczyk ma na karku niemalże pięćdziesiątkę. Cale szczęście akurat w muzyce wiek nie jest przeszkodą. Wręcz przeciwnie: może nadać dojrzałości. Czy tak jest i w tym przypadku? Można się o tym przekonać słuchając najnowszej płyty Hansarda, czyli Between Two Shores.

Sam tytuł wyjątkowo mi się podoba, głównie ze względu na swoją dwuznaczność. W znaczeniu przenośnym może on wyrażać kryzys połowy życia, co zwiastowałoby, że omawiane dziś wydawnictwo będzie owocem głębokich przemyśleń i szczerych emocji. Natomiast drugie, już całkiem dosłowne znaczenie nasuwa nam się w chwili, gdy płyta rozbrzmi: otóż charakteryzuje się ona stylem wprawdzie dość niespotykanym, na wskroś Hansardowskim, zarazem jednak nawiązującym miejscami do muzyki amerykańskiej. W tym znaczeniu płyta dryfuje pomiędzy kamienistymi klifami Irlandii a wybrzeżem Stanów Zjednoczonych. Nie wiem, która z tych interpretacji jest bliższa oryginalnego zamysłu; dość powiedzieć, że obie są równie uprawnione.

Dlatego też jeżeli ktoś z Was kojarzy poprzedni krążek Hansarda, czyli Didn’t He Ramble, ten przy kilku piosenkach może poczuć niemałe zaskoczenie. Otwarcie, czyli Roll On Slow to bezkompromisowe nawiązanie do zamorskiej tradycji nieco garażowego grania z połowy lat 60. Kiedy do tego dojdzie nieco bardziej charyzmatyczny wokal, Between Two Shores zaczyna brzmieć niczym jakiś zaginiony krążek Joe Cockera (Wheels on Fire). Okazjonalnie pojawia się syntezator Mooga czy fortepian, nieco częściej sekcja instrumentów dętych, co zdecydowanie pomaga ożywić krążek. Tutaj też parę słów pochwały należy się produkcji; od dawna nie słyszałem już tak głęboko brzmiącego bębna basowego, jak w przypadku Setting Forth. To właśnie dzięki wykorzystaniu szerszego spectrum instrumentów omawiane dziś wydawnictwo jest w stanie zainteresować i wygenerować odrobinę energii, której tak bardzo brakowało poprzedniczce.

Problem jest jednak jeden: tego rodzaju ciekawszych, bardziej bogato zaaranżowanych utworów są może cztery. Cała reszta to potwornie wtórna muzyka, która każe przypuszczać, że Hansard inaczej nie potrafi. Ktoś powie, że w poszczególnych utworach zmienia się dynamika. W porządku, odpowiem, ale co z tego, skoro tempo i instrumentarium pozostają bez zmian. Co mi po kolejnej balladzie zdołowanego outsidera, skoro takich słyszałem już kilkanaście? Irlandczyk nie ma niestety pomysłu, jak w swej stylistyce, odgórnie narzucającej oszczędność i zawężającej środki wyrazu, zawrzeć coś więcej niż te same patenty, różniące się wyłącznie niuansami. O samych utworach również nie da się powiedzieć właściwie nic – może poza tym, że od wyżyn, które artysta osiągnął na soundtracku do filmu Once, dzielą je lata świetlne. Nie tylko zresztą od nich; weźmy takie Wreckless Heart. Moje pierwsze skojarzenie – Jestem kobietą Maanamu. Problem jest jednak taki, że to, co nasi rodacy umieli ubrać w przejmujący motyw, który od razu zapada w pamięć, Hansard rozdrabnia na dość banalną melodyjkę, do której nie chce się wracać. Podobnie jest w przypadku Your Heart’s Not in It: ja rozumiem, że dobre pomysły na piosenki skończyły się kilka płyt temu, ale ozdabianie miałkiej kompozycji skrzypcami bynajmniej nie wystrzeli jej nagle do kręgu sztuki wyższej.

To wszystko sprawia, że przez większość trwania Between Two Shores Hansard najzwyczajniej w świecie smędzi. I wiecie – można jeszcze robić to z urokiem, jak w przypadku niektórych piosenek Neila Younga. Tyle, że Hansard to nie Young. Stąd też konkluzja, że omawiane dziś wydawnictwo jest przeznaczone chyba wyłącznie dla fanatyków Irlandczyka, którym można by i dziesiąty raz sprzedać to samo, a oni i tak będą zadowoleni, że nic się nie zmieniło. Szkoda jest tym większa, że otwarcie dawało nadzieje na wiele, zakończenie zaś zwyczajnie rozczarowuje. Dlatego nie jestem w stanie z czystym sumieniem polecić tej płyty. Kto szuka miłego brzmienia do poduszki, niech bierze w ciemno. Kto jednak szuka emocji, ten nie znajdzie tu dla siebie nic. Smutne, ale prawdziwe.

 

(5 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!