Green Day – 21st Century Breakdown

Brak komentarzy
Gatunek: rock
Data wydania: 2009
Spis utworów: 1. Song of the Century; 2. 21st Century Breakdown; 3. Know Your Enemy; 4. ¡Viva la Gloria!; 5. Before the Lobotomy; 6. Christian’s Inferno; 7. Last Night on Earth; 8. East Jesus Nowhere; 9. Peacemaker; 10. Last of the American Girls; 11. Murder City; 12. ¿Viva la Gloria? (Little Girl); 13. Restless Heart Syndrome; 14. Horseshoes and Handgrenades; 15. The Static Age; 16. 21 Guns; 17. American Eulogy; 18. See the Light

 

Z Green Day mam jeden zasadniczy problem – nie umiem podejść do ich muzyki poważnie. Nie przeszkadzało mi to do momentu, kiedy Billy Joe Armstrong nie postanowił, że nagra coś niesamowicie ambitnego, postawi włosy na żel i wkradnie się w łaski wybrednych recenzentów, którzy – podobnie jak ja – nie traktowali dotąd Kalifornijczyków całkiem serio. I to mu się udało. American Idiot… Ileż nad nim westchnień znawców, krytyków i fanów! Ileż zachwytów nad tym ambitnym punkiem! Ja sam nawet dałem się porwać szaleństwu i napisałem stosowną recenzję. Teraz czas na – pozwolę się posłużyć terminologią Green Day rodem z dramatów Szekspira – akt drugi.

American Idiot było jeszcze eksperymentem. „Zobaczymy, czy ktoś się na to nabierze”, zastanawiał się zespół w studiu. Pomysł zaskoczył, zatem wystarczyło z pełną premedytacją zrobić jeszcze raz to samo, wyeksploatować raz wykorzystane patenty i nagrać American Idiot II. Zwane dla niepoznaki 21st Century Breakdown.

Płyta ma mieć dwa oblicza, czyli, posługując się językiem marketingowym, ma zadowolić dwa rodzaje fanów (wiadomo: więcej fanów – większa sprzedaż). Awers to oczywiście powielenie pomysłów z poprzedniej płyty, pomieszane z intertekstualnymi zabawami, co by było ambitniej. Mamy więc wycieczki w stronę Queen (utwór tytułowy), melodykę wokalu a’la Should I Stay or Should I Go The Clash (Know Your Enemy) i średnio inteligentną zrzynkę z Heart of Gold Neila Younga (21 Guns). Wiadomo, że dla ex-punkowca nic nie jest bardziej ambitne niż filharmonia, więc nie braknie instrumentarium charakterystycznego dla muzyki klasycznej: skrzypiec (Restless Heart Syndrom) czy pianina, niekiedy dość mocno knajpianego (Last Night on Earth). Nie mogło też oczywiście zabraknąć autoplagiatów, bo przecież ludzie, którzy od ćwierć wieku grają na trzech akordach muszą raz na jakiś czas się powtarzać. A zatem: Know Your Enemy = Jesus of Suburbia, East Jesus Nowhere = Holiday + refren Welcome to Paradise, Murder City = Letterbomb, 21 Guns = Wake Me Up When September Ends (obie piosenki łączy nawet struktura: akustyczny początek, hałaśliwy refren, jazgotliwy bridge, powrót do początku). Do tego dochodzą określone rozwiązania formalne: wszechobecne i ze wszech miar żałosne „uuuu”, czyli marny substytut chórków (21st Century Breakdown, ¡Viva la Gloria!), te same pomysły, ta sama melodyka… Koszmar, na dodatek przeraźliwie nudny.

Drugie oblicze płyty ma zadowolić zwłaszcza punkowców. Wiadomo, że ci już dawno zarzucili słuchanie Sex Pistols czy Bad Religion na rzecz rozpływania się w energii i buncie Green Day. To im właśnie red. B. Koziczyński z Teraz Rocka, recenzując omawianą płytę, sugeruje pogo przy ¡Viva la Gloria! (ja zaś w odpowiedzi mogę jedynie sugerować rzeczonemu Redaktorowi: (a) udrożnienie kanałów słuchowych, albowiem chce on pogować przy dźwiękach fortepianu; (b) zapoznanie się z punk rockiem, a nie poprzestawanie na kontemplacji jego marnego substytutu, ewentualnie; (c) skonsultowanie się z lekarzem lub farmaceutą). Wiadomo, że nikt nie uwierzy w szczerość punk rocka proponowanego nam przez Green Day, jeżeli Billy Joe Armstrong nie postawi na żel czarnych włosów i raz na jakiś czas nie powie sobie „fuck” (Horseshoes and Handgrenades). Poziom buntu jest wprost proporcjonalny do poziomu szczerości, zaś ten drugi szoruje gdzieś po dnie, tam, gdzie pchane wiatrem, przypominające różę jerychońską, czarne kłaczki z fryzury wokalisty.

Czepiam się, prawda? No, tyle, że chyba naprawdę mam po temu powód. Zespołowi wybaczam, że robi z siebie komercyjną wydmuszkę, w której treści niewiele. Nie jestem natomiast w stanie wybaczyć zdurniałym do cna recenzentom, którzy z nieodpowiedzialną beztroską i – prawdziwą lub udawaną – ignorancją wystawiają „pińć gwiazdek”, „dziesińć na dziesińć” i tak dalej. Nikt mi, niestety, nie powiedział jeszcze za co te oceny, no ale przecież czytelnik recenzji, zwłaszcza taki, jak ja, jest jeno ciemniakiem, którego znajomość muzyki kończy się mniej więcej na popołudniowej audycji Programu 3 Polskiego Radia, a i to przy pomyślnych wiatrach. Uwielbiam te wszystkie porównania kalifornijskiego trio do The Who, a najlepiej jeszcze – do Beethovena i Mozarta. Każdy wie przecież, że Green Day, gdyby tylko wyrwać mu kabel ze wzmacniacza, oparłby gitarę o ramię i ułożył Czterdziestą Pierwszą Jowiszową.

Wniosków po przesłuchaniu 21st Century Breakdown nasuwa się sporo. Po pierwsze i zupełnie niemuzycznie, jeżeli pewnego dnia tzw. profesjonalna prasa muzyczna zdechnie, ja za nią płakał nie będę. Po drugie, Green Day – jaki jest, każdy widzi. I ten „każdy”, z odrobiną oleju w głowie i nieco większą odrobiną muzycznego obycia, widzi cały, kryjący się za atrakcyjną fasadą… (Szukam ładnego słowa). Syf. (Przykro mi, ładniejszego słowa nie znalazłem). Jeżeli kogoś porusza Last Night On Earth lub 21 Guns, jeżeli ktoś chce pogować przy ¡Viva la Gloria!, jeżeli ktoś jest porażony szczerością Christian’s Inferno, to – przykro mi – ja mu tego z głowy nie wybiję. Obawiam się zresztą, że takiemu „ktosiowi” nie jest w stanie pomóc już absolutnie nikt.

Podsumowanie! Czy musze dodawać coś jeszcze? Nie. Bo fanów, którzy Green Daya słuchają nałogowo, na pewno nie przekonałem, zaś przeciwnicy Kalifornijczyków piali w trakcie czytania tej recenzji z ukontentowania, ale nie zrozumieją oceny poniżej. A ta jest po prostu wyrazem absolutnej nijakości, w jaką popadł Green Day. I niech, na miły Bóg, tyle wystarczy. Reszta jest milczeniem, jak w chwili śmierci stwierdził… No kto? Nie wiecie? Green Day pisze dramaty, wiedziałby z pewnością… Hamlet, moi kochani, Hamlet.

 

(5 / 10)

  •  
  •  
  •  
  • 2

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o