Green Day – Revolution Radio

Gatunek: pop punk
Data wydania: 2016
Spis utworów: 1. Somewhere Now; 2. Bang Bang; 3. Revolution Radio; 4. Say Goodbye; 5. Outlaws; 6. Bouncing Off the Wall; 7. Still Breathing; 8. Youngblood; 9. Too Dumb to Die; 10. Troubled Times; 11. Forever Now; 12. Ordinary World

 

W polityce modne jest ostatnio grzebanie w przeszłości. Mam nadzieję, że ten trend nie dotarł również do kręgów pozaparlamentarnych, bo gdyby przetrzepać recenzje Green Day, które napisałem, to wyłazi z nich obraz malkontenta, który Kalifornijczyków nigdy nie lubił. Otóż to błąd – wszak American Idiot kupiłem zaraz po premierze za, bagatela, 70 zł, co w 2004 roku było kwotą niemałą. Tyle że od tamtego czasu zespołu nie ma za bardzo za co komplementować. Bo co tu oceniać? Nagrane z U2 piosenki świąteczne? A może słabiutkie płyty oparte na jednym brzmieniu gitary? Całe szczęście istnieje szansa na odwrócenie tego trendu, o ile Revolution Radio ponownie okaże się strzałem w dziesiątkę.

I jeżeli tak się istotnie stanie, to z pewnością nie ze względu na nowatorstwo – tytułowa rewolucja bez wątpienia nie odnosi się zmiany stylu uprawianego przez zespół. Trudno mi się pozbyć wrażenia, że Billy Joe i koledzy ugrzęźli w okolicy Dookie, zaś wszystkie poprawki, które od tamtego czasu wprowadzili, polegają na zmianie tekstów na poważniejsze i okazjonalnych wycieczkach w brzmienia bardziej klasyczne. Cała reszta, czyli zamysł na riffy i melodie, jest generalnie kalką wcześniejszych rozwiązań. Wciąż mamy zatem do czynienia ze skocznym pop punkiem, przy czym nacisk po raz kolejny idzie na pop. Przykłady? Revolution Radio czy Bang, Bang – obie szybkie i agresywne, których moc nieźle podbiła produkcja. Blisko połowy lat 90. leży również Still Breathing, utrzymana w klimatach rocka alternatywnego, ale ozdobiona typowo Green Dayowymi patentami. Nie brakuje również piosenek bardzo klasycznie rockowych, których ani nie zagrano ze swadą, ani nie spieprzono (Youngblood). Gdzieś między tym, co każdy fan Kalifornijczyków zna i lubi, kryje się ta poważniejsza odsłona grupy. Do Holiday próbuje nawiązywać Say Goodbye, gdzie ponownie słyszymy bluesowy rytm oraz przetworzony na megafon wokal. Odległe echa suit pojawiają się zaś w rozbudowanym – czy może raczej rozedrganym – Forever Now.

Revolution Radio żadnym krokiem naprzód zatem nie jest, co nie oznacza jednak, że płyty słucha się źle. Poszczególne utwory mają swój urok, którego przykładem jest chociażby Too Dumb to Die – skoczny rock z rozpoznawalnym riffem. Z drugiej strony, przeszkadza tu parę rzeczy, z których Green Day właściwie skonstruował sobie własny styl. Zaliczają się do nich na przykład dziwne początki piosenek, których nie powstydziłby się John Lennon; w tych momentach Billy Joe wchodzi niekiedy na taki falset, że słuchacz litościwie się uśmiecha (Outlaws). Wokalnych wpadek jest zresztą więcej, bo niektóre z agresywniejszych piosenek, a zwłaszcza refrenów, aż się proszą o mocną melodię, a nie o radosne przyśpiewki, przypominające miejscami harcerskie ognisko (Revolution Radio). Najbardziej zaś razi zachowawczość i ogólna miałkość tego krążka. Green Day nie porywa się na żaden odważny eksperyment, nie rozwija się i niczego w swoim brzmieniu nie zmienia. A że niekiedy wychodzi mu to na złe, zaświadcza Troubled Times – pretensjonalna pioseneczka z bridge’em, którego nie powstydziłby się Robbie Williams (jego Supreme to moje pierwsze skojarzenie).

Osobna uwaga dotyczy warstwy tekstowej. Ja rozumiem, że rock to od swojego powstania ciągłe rewolucje i bunty. Rodzi się jednak pytanie, jak zachować szczerość grając wyprzedane koncerty na Wembley i wydając się w Warner Music. Niestety, Green Day od dawna tego nie wie, a zastąpienie licealnego przesłania o dziewczynach i trawce nawoływaniem do pokoju nie wypada autentycznie. Zwłaszcza, że jedyne, co Billy Joe ma nam do powiedzenia, to że w Ameryce dzieje się źle, a na Bliskim Wschodzie giną amerykańscy żołnierze. No cóż – to prawda, ale o ile się nie mylę, do USA wciąż masowo ściągają ludzie poszukujący lepszego życia, zaś misje w Iraku i Afganistanie mają uchronić miejscową ludność od samobójczych ataków owładniętych nienawistnym szaleństwem krajan. Wymachiwanie pacyfką jest fajne, dopóki nie bierze się odpowiedzialności za własne działania. Jak sami widzicie, odrobina refleksji nad geopolityczną konfiguracją współczesnego świata sprowadza cały bunt Green Daya do pustego, acz chwytliwego hasła, na które pewnie złapie się kolejne pokolenie licealistów.

Nie zmienia to faktu, iż Revolution Radio to solidna, rzemieślnicza robota. Green Day robi to, co umie najlepiej i dobrze mu to wychodzi. Jednak tą płytą nie zmieni on historii rocka – ba, nawet swojej własnej – ani nie zainspiruje rzeszy epigonów.  Za mało tu szczerej energii, za dużo chadzania po wydeptanych ścieżkach. Na tyle dużo, że z dziewięćdziesięcioprocentową pewnością wiem, jak będzie brzmiał kolejny krążek. W rezultacie ten, kto chce po Revolution Radio sięgnąć z ciekawości, może zmiksować sobie dowolne fragmenty Dookie, American Idiot i 21st Century Breakdown – wyjdzie na to samo.

 

7 Stars (7 / 10)

Zapisz

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!