Happysad – Ciało obce

Gatunek: rock
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. -1; 2. Dłoń; 3. Nie umiem kłamać; 4. Medellin; 5. Czwarty dzień; 6. Dług; 7. XXM; 8. Ciało obce; 9. Idę; 10. Heroina; 11. Nadzy na mróz

 

Recenzowanie kolejnej płyty Happysad to sprawa stosunkowo nieprzyjemna. No bo jak tu obiektywnie podejść do muzyki, za którą fani gotowi są oddać życie, ale która ciągle kłuje naiwnością oraz zacięciem stricte harcerskim, a przy tym jawnie gwałci reguły języka polskiego? Nie mam jednak wyjścia – wydane wczoraj Ciało obce kręci się już w odtwarzaczu. Patrzę na okładkę – tym razem sztampowych skojarzeń brak. Dokonuję krótkiego résumé w głowie: jak by nie liczyć, wychodzi na to, że w moich słuchawkach właśnie rozbrzmiewa siódmy krążek formacji. Czy można spodziewać się radykalnej zmiany stylu?

Odpowiedź jest krótka i stanowcza: nie. Ktokolwiek oczekiwałby zmiany stylistyki, konsekwentnie eksploatowanej przez piętnaście lat, musiałby zostać uznany za niepoprawnego optymistę. A jednak nie sposób pozbyć się wrażenia, iż tym razem tytuł zdeterminował zawartość – otóż na tle dorobku muzyków ze Skarżyska-Kamiennej Ciało obce jest elementem niepasującym, nietypowym, organicznie odrębnym od poprzednich osiągnięć. W rezultacie Happysad miejscami nie brzmi już jak Happysad, zaś ja mogę z niemałą satysfakcją stwierdzić, że oto właśnie na rynku ukazał się najlepszy album w dorobku grupy.

Co jednak znamienne, otwarcie nie zdradza jeszcze rewolucji: -1 to ogniskowo zaśpiewana piosenka z akompaniamentem samej tylko gitary akustycznej. Począwszy jednak od drugiego kawałka, płyta zaczyna zmierzać w dość niespodziewanym kierunku. Trudno go do końca określić, choć tropy są jednoznaczne: motoryka, duszna atmosfera, ekspresyjny wokal. To właśnie dzięki tym zabiegom Dłoń przenosi nas w czasie do końcówki lat 80., czyli brzmień, które pod wpływem zimnej fali eksplorował wtedy Maanam czy Grzegorz Ciechowski. Utrzymany w podobnej stylistyce, a zarazem równie ciężki – głównie za sprawą tekstu – jest Dług. To nietypowe jak na Happysad brzmienie najbardziej do ściany dopycha zaś XXM, brudne i sprawiające miejscami wrażenie amelodyjnego, przez co najlepiej pasowałoby chyba na ostatnie płyty Foo Fighters. Jednak ukłon w stronę zimnofalowej klasyki to niejedyne oblicze, jakie pokazuje Ciało obce. Uważny słuchacz odkryje tu również wiele inspiracji brytyjskim indie rockiem, w którym gra się zarówno klimatem, kreowanym charakterystycznym brzmieniem gitar, jak i aranżacjami (Nie umiem kłamać, Nadzy na mróz). Znajdzie się tu nawet miejsce na inteligentne eksperymenty, na przykład upchnięcie dwóch różnych motywów pod wspólnym tytułem i zaserwowanie jako jednej piosenki (Medellin). Te wszystkie elementy składają się jednak w konsekwentną układankę, której nie sposób zarzucić eklektyzmu.

Ciało obce stanowi zatem niekwestionowane świadectwo muzycznego rozwoju. Happysad postawił tym razem na brzmienie bardziej hermetyczne, trudniejsze w odbiorze, ale jednocześnie zdecydowanie bardziej ambitne i niosące znacznie silniejsze, a zarazem z gruntu rzeczy pozytywne emocje. Muszę również docenić wreszcie Jakuba Kawalca, którego niekiedy krytykowałem, na przykład przy okazji recenzjowania Nieprzygody. Tym razem uczciwie stwierdzam: wokalista ograniczył wszystkie zabiegi, które tak denerwowały na poprzednich wydawnictwach. Wreszcie nie ma irytującej transakcentacji, a sama warstwa liryczna jest znacznie mniej nadęta i emocjonalna, przez co kompozycje nabierają chłodniejszego, ale zarazem bardziej sugestywnego charakteru. Rzecz jasna nadal można się czepiać pojedynczych fraz, ale pan Kawalec nie jest Herbertem czy Miłoszem, zaś w kategorii rodzimych tekściarzy bez wątpienia awansował o kilka oczek. Warto również docenić zaproponowane przez niego melodie – niektóre z nich to małe perełki, które mocno przyklejają się już po jednokrotnym przesłuchaniu.

Z przyjemnością stwierdzam, że Ciało obce to dla Happysad eksplorowanie terra incognita. I choć trudno byłoby pomylić zespół z innym, ilość wprowadzonych tu nowości, z których znaczna większość wychodzi in plus, sprawia, iż jest to najdojrzalsze i najciekawsze osiągnięcie muzyków ze Skarżyska-Kamiennej. Szaleństwa na koncertach nie przewiduję, radiowych hitów również tu jakby mniej niż zwykle, ale jest coś więcej – zaczyn muzyki przez duże M. Nigdy nie spodziewałbym się, że to powiem, ale na kolejną płytę będę czekał z niemałą niecierpliwością.

 

7 Stars (7 / 10)

Save

Save

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!