Jen Clother – Jen Clother

Gatunek: folk rock
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Forgot Myself; 2. Analysis Paralysis; 3. Regional Echo; 4. Sensory Memory; 5. Shoegazers; 6. Strong Woman; 7. Kinda Biblical; 8. Great Australian Bite; 9. Loose Magic; 10. Waiting in The Wings; 11. Dark Art 

 

Jen Clother nie jest wprawdzie muzyczną nowicjuszką, a dyskografia projektów, w których się udzielała ma całkiem pokaźną długość, ale jeżeli do tej pory nie mieliście okazji o niej słyszeć, to głowa do góry. Czterdziestoletnia artystka pochodzi bowiem z odległej Australii, zaś prócz AC/DC i kilku innych mniej znanych towarów eksportowych, ów kontynent to muzyczna terra incognito. Dobrą okazją, aby zgłębić tamtejsze brzmienie jest płyta nazwana po prostu imieniem i nazwiskiem wokalistki, gitarzystki i kompozytorki. Czy będzie egzotycznie?

Nie: oto najkrótsza i najtrafniejsza odpowiedź. Czy to się komu podoba czy nie, żyjemy w czasach globalizacji, kiedy brytyjski indie rock można grać w RPA, kalifornijskiego punk rocka w Szwecji, a blues rock wymieszany z amerykańskim folkiem w krainie kangurów. I to właśnie tą ostatnią ścieżką idzie Jen Clother. Już pierwszy utwór, którym jest punktowany Forgot Myself zdradza inspiracje zarówno Neilem Youngiem, jak i muzyką z okolic Nowego Orleanu. To pierwsze przejawia się w sposobie śpiewania Clother – jej niski, niedbały głos od niechcenia wyrzuca frazy, które idealnie pasują do jakiejś zadymionej speluny na południowych rubieżach Stanów Zjednoczonych. Wpływ bluesa jest natomiast najbardziej widoczny w brzmieniu gitary, która brzmi niekiedy tak, jak gdyby mieszał przy niej sam Allen Collins. Choć trudno zatem nazwać Australijkę Youngiem w spódnicy, to takie skojarzenie pojawia się w pewnym momencie samo, na przykład wtedy, gdy w Loose Magic gitarowe solo rozpuszcza się niczym w najlepszych utworach z Harvest. Zresztą i klimat starej americany jest tu całkiem sugestywny, bo nie brakuje nisko nastrojonego werbla, buczącego w uszach basu i nieokiełznanej energii, wydobytej za sprawą krystalicznej produkcji, która wykreowanie brudu zrzuca na instrumenty i wokal. Apogeum energii następuje w Strong Woman – to szybki, punktowany utwór, którego z pewnością nie powstydziłoby się Bleached.

Zarazem jednak Clother nie zapomniała o przystępności i brzmieniach mimo wszystko bardziej radiowych. Kiedy o tym mówię, nie mam na myśli potencjalnego zarzutu, że wokalistka poszła na kompromis z popem. Choć takie wrażenie można odnieść nieżyczliwie interpretując Waiting In The Wings czy Sensory Memory, to mimo wszystko są to piosenki niegłupie, dobrze przemyślane, o interesującej strukturze, a nade wszystko wykonane tak charakternie, że nie sposób odmówić im uroku. Charyzma Jen Clother to zresztą chyba największa zaleta całego krążka. Bez jej lekkiego zrezygnowania, melancholijnej barwy wokalu i bezbłędnej interpretacji nie byłoby tu czego szukać. Choć same aranżacje bronią się całkiem dobrze (patrz Dark Art – niezły przykład ballady pod Glena Hansarda), to melodie są tym języczkiem u wagi, który przechyla szalę zdecydowanie na korzyść krążka.

A jednak patrząc całościowo trudno nazwać trzeci solowy krążek Australijki przełomem czy punktem zwrotnym w jej karierze. Niestety, omawianemu dziś wydawnictwu brakuje naprawdę zapamiętywalnych piosenek, do których chciałoby się wracać. Przy takich warunkach wokalnych i przy takim brzmieniu płyta mogłaby być kopalnią ponadczasowych klasyków, a jest zaledwie zestawem jedenastu piosenek, niekiedy dość mocno do siebie podobnych, których słucha się z przyjemnością, ale którymi nie sposób się zachwycić. Pod względem emocji jest to płyta dość płaska i mimo że porusza ona tematy trudne, niekiedy wręcz bolesne, to nie są one ujęte w taki sposób, aby uczucia te udzieliły się słuchaczowi. Mimo wszystko serce ściska żal, bo artystka dwoi się i troi, a pozostaje jednak wrażenie odrobinę zmarnowanej szansy.

Nie jestem jednak w stanie powiedzieć, że nie polecam tego krążka. Jen Clother jest w swojej muzyce tak prawdziwa, tak szczera – krótko mówiąc jest tak bardzo sobą, że spędzone z nią trzy kwadranse mijają szybko i przyjemnie. Pod tym względem jest to muzyka wyrazista i przynajmniej jakaś, co w warunkach współczesnego rynku nie jest rzeczą bagatelną. Wejdźcie sobie na YouTube, posłuchajcie singla – albo przepadniecie, albo wzruszycie ramionami. Ja dałem się pochłonąć gdzieś w połowie – i jakoś mi z tym dobrze.

 

7 Stars (7 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!