John Moreland – Big Bad Luv

Gatunek: country
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Sallisaw Blue; 2. Old Wounds; 3. Every Kind of Wrong; 4. Love Is Not an Answer; 5. Lies I Chose to Believe; 6. Amen, So Be It; 7. No Glory in Regret; 8. Ain’t We Gold; 9. Slow Down Easy; 10. It Don’t Suit Me (Like Before); 11. Latchkey Kid

 

Coraz częściej zastanawiam się, co skłania tak wielką rzeszę artystów do grania country. Czyżby motywację stanowiła potencjalnie nieograniczona liczba odbiorców? A może raczej swoista prostota zarówno w aranżowaniu, jak i w tekstach? Bez względu na odpowiedź, konkurencja na rynku jest z pewnością duża. Przed dziesięciu laty dołączył do niej John Moreland – postawny facet wychowany w Oklahomie. Po dekadzie ma już na swoim koncie siedem krążków – w tym cztery solowe, z których najnowszy zatytułowany jest Big Bad Luv.

Jak zapewne wiecie, na ogół staram się bronić country przed zarzutem, iż jest to muzyka tworzona dla amerykańskich wieśniaków. I w istocie naprawdę w to wierzę – kto sądzi, że jest inaczej, powinien sięgnąć po płyty Sama Amidona czy Dariusa Ruckera. Niestety, najnowsze wydawnictwo Morelanda nie może być casusem tego rodzaju. Wbrew temu, iż niektórzy wykonywany na niej gatunek nazywają country alternatywnym, nie udało mi się znaleźć zbyt wielu elementów, które odróżniałyby Big Bad Luv od innych nagrań tego typu. Instrumentarium jest na wskroś standardowe: akustyczna gitara, niekiedy przeplatana swoją hawajską kuzynką, a do tego harmonijka, pianino i miękka perkusja. Aranżacje również wydają się typowe – piosenki nie łamią schematu zwrotka-refren, zaś ich brzmienie jest bardzo typowe, obijając się od wpływów bluesowych (Sallisaw Blue; Ain’t We Gold) po inspiracje czerpane z amerykańskiej prowincji (Every Kind of Wrong). Całości dopełnia głos Morelanda – zachrypnięty, miejscami sentymentalny, ale mimo wszystko standardowy jak na wykonywany gatunek. Wyśpiewywane przez niego teksty również nie powalają oryginalnością ani głębią, stąd wokal nie jest w stanie podbić końcowej oceny. Podsumować można zatem krótko – omawiany dziś krążek to pozycja do bólu przeciętna.

Całe szczęście znajdują się jednak elementy, które pozwalają mu uciec spod recenzenckiego topora. Zalicza się do nich przede wszystkim produkcja – swoją miękkością i lekką onirycznością dobrze podkreśla wydźwięk całości. W samych kompozycjach zaś zdarzają się momenty, które minimalnie wybijają Big Bad Luv z zestandaryzowanych ram. Natrafić tu można na ciekawie poprowadzoną linię refrenu, dobrze zaaranżowaną zwrotkę czy sympatycznie zagraną gitarę elektryczną. To właśnie te elementy osładzają sesję z albumem, który – pozbawiony tych smaczków – byłby kolejną płytą, o której zapomina się w kwadrans po wybrzmieniu ostatniej piosenki.

Niestety, nie oznacza to, że rozwiązuje to wszystkie problemy. Ostatecznie bowiem Moreland nie jest w stanie niczym poruszyć ani czymkolwiek przekonać. Nawet przesycone namiętnością ballady – jak Slow Down Easy – nie potrafią podołać zadaniu wywołania szybszego bicia serca. W rezultacie, kiedy krążek dobija do finału, którym jest łzawe Latchkey Kid, słuchacz nie ma żadnej motywacji, aby chcieć przesłuchać Big Bad Luv od początku. To zaś sprawia, że do płyty raczej się nie wraca, bo i nie ma czego tu eksplorować. Plus jest przynajmniej taki, że artysta nie osiadł na mieliźnie pretensjonalności, choć – z drugiej strony – pocieszenie to niewielkie, gdyż niektóre piosenki ocierają się o kicz, kojarzony z najmniej życzliwym odczytaniem słowa „country” (Old Wounds).

Znowu stoję przed fundamentalnym pytaniem: polecać czy nie? A jeśli tak, to komu? Doprawdy, nie wiem, jak odpowiedzieć na te pytania, bo nie potrafię dociec, komu Big Bad Luv jest adresowana. Być może Moreland ma fanatycznych miłośników, którzy kupią krążek. A co z pozostałymi? Ci mniej wymagający przesłuchają go raz i rzucą na stos piętrzących się albumów Tima McGrawa. Ci bardziej wysublimowani nie znajdą zaś niczego, co wynagradzałoby stracone pięćdziesiąt minut. Ostatecznie zatem omawiana dziś płyta jest dla nikogo, stąd nikomu nie mogę jej w stu procentach polecić: nawet tęskniącym za Teksasem, rodeo i whiskey sączonym w barze przy drodze Dallas – Austin.

 

(5 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!