Kora – Ping Pong

Gatunek: rock
Data wydania: 2011
Spis utworów: 1. Ping Pong; 2. Strefa ciszy; 3. Przepis na szczęście; 4. Radiowa fala; 5. Nie jestem biała i nie jestem czarna; 6. Spójrz w oczy chwili; 7. Nigdy nie zamknę drzwi przed tobą; 8. Czarna żmija; 9. Jak narkotyk; 10. Jedno słowo wszystko zmienia

 

Są tacy wykonawcy, dla których muzyka jest receptą na wieczną młodość. Nieważne, ile lat obecni są na scenie, ich kompozycje są zawsze świeże i równie dobre, co przed laty. I mimo że dziś nie grają ich już radia i stroni od nich śniadaniowa telewizja, nakłady ich płyt sięgają po platynę. Tak było w przypadku ostatniej płyty Maryli Rodowicz, tak było w przypadku najnowszego krążka Seweryna Krajewskiego, tak jest i z Korą. Olga Jackowska jest przypadkiem o tyle ciekawym, że po zawieszeniu działalności Maanamu w roku 2008 miała dwa wyjścia: kontynuować styl zespołu albo zacząć wszystko od początku.

Już pierwsza piosenka zaświadcza, że Kora nie ma zamiaru uciekać od przeszłości – mocny gitarowy riff i skandowany refren kojarzą się z ostrzejszymi utworami zawieszonej formacji. Nie ma jednak co ukrywać – wybór utworu Ping pong na singiel to chybiony pomysł. Po pierwsze, dlatego, że nie jest on reprezentatywny, a po drugie – nie ma żadnych zalet piosenki komercyjnej, może z wyjątkiem tego, że trwa około trzy i pół minuty. O wiele lepszym wyborem byłaby poetycka, łagodna Strefa ciszy, która brzmi jak połączenie Krakowskiego spleenu i Miłość jest cudowna. Podniosły śpiew, na który nałożono pogłos i lekko przesterowana perkusja dają niezwykły efekt. Powrotem do klimatów Nocnego patrolu jest utwór Radiowa fala – okrojony, ascetyczny. Głos Kory zmienia się tu diametralnie – od wysokiego, na granicy zachrypnięcia, po niskie, hipnotyzujące vibrato w refrenie. Ostrzejsze oblicze proponuje Kora w piosence Nie jestem biała i nie jestem czarna, w której brzmi jak w swych najbardziej rockowych piosenkach. Szybki rytm, gitary, nuta elektroniki w tle i bardzo ciekawe partie refrenu, grane na tom-tomach.

Co najważniejsze, Kora śpiewa bez kompleksów i wie, że jeżeli chodzi o rock, to należy w tym momencie do absolutnej polskiej ekstraklasy. Nie waha się ona sięgać do swoich najbardziej udanych kompozycji i eksperymentować z motywami rodem z lat osiemdziesiątych – hawajskich gitar, pogłosów, kojarzącej się z automatem perkusji. Umie przy tym wydobyć z utworów niezwykły klimat, a jednocześnie właściwie oddać ich moc. Dzięki temu płyta pozbawiona jest słabych punktów. Nie ma tu kompozycji niedopracowanej, wprowadzającej dysonans w materiale. Nie ma też miejsca na kompromisy – utwory komercyjne, piosenki tzw. radio friendly. Jeżeli już jakaś z nich mogłaby się na nią nadawać, to eliminuje ją długość (mowa tu o ponad pięciominutowym Przepisie na szczęście). Jeśli zaś i długość jest odpowiednia, i piosenka jest przystępna, to pojawia się tak abstrakcyjny tekst, że bez wsłuchania się w kompozycję uzna się go po prostu za bzdurę (Spójrz w oczy chwili).

Mam nadzieję, że to dla Kory nowy początek. Odrobina wolności, oderwania od konieczności mieszczenia się w stylistycznych ramach Maanamu (mimo że wydaje się, iż nie wykracza znacząco poza nie) najwyraźniej dobrze na nią działa. Takich utrzymanych w średnim tempie, niezwykle klimatycznych aranżacji, jakie proponuje na Ping Pongu mogę słuchać od rana do wieczora. Zaręczam, że trzeba naprawdę nie czuć ducha lat 80., by stwierdzić, że choć trzy, cztery piosenki nie przemawiają, jak gdyby były nagrane jeszcze przed transformacją. Zakładam jednak, że wymagający słuchacz doceni poziom nowej płyty Kory. Wierzcie mi – jest co doceniać.

 

(8 / 10)     Stempel

Save

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!