Kortez – Mój dom

Gatunek: alternatywa
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Pierwsza; 2. Dobrze, że cię mam; 3. We dwoje; 4. Film przed snem; 5. Dobry moment; 6. Nic tu po mnie; 7. Dziwny sen; 8. Trudny wiek; 9. Wyjdź ze mną na deszcz

 

Przepraszam, jeżeli urażę kogoś agresywnością poniższego stwierdzenia, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że Kortez jest jednym z tych artystów, którzy – nawet gdyby wydali płytę składającą się z czterdziestu minut ciszy – zebraliby gorące recenzje od tzw. profesjonalnej prasy muzycznej. Tak właśnie było przy okazji debiutu, który w mojej ocenie był płytą grubo przecenioną, tak jest również w przypadku wydanego przed paroma dniami krążka Mój dom. Dzięki Bogu, jestem całkowitym dyletantem i ze swojego ignoranckiego punktu widzenia mogę napisać kilka słów, które – choć zapewne nikogo nie przekonają – zmuszą być może do własnej oceny płyty.

Jestem pełen podziwu dla Korteza, który doskonale przewidział, że recenzje najnowszego wydawnictwa będą entuzjastyczne. Po pierwsze: zaproponował on ponownie mniej więcej to samo, co na Bumerangu. Jeżeli zatem krytyka przed debiutem padła na kolana, dziwnie wyglądałoby, gdyby podobnie nie stało się w przypadku następcy, bazującego z gruntu rzeczy na tych samych patentach. Po drugie jednak: Kortez dorzucił ekstra warstwę, która sprawia, że całość zyskuje artystycznego blasku. Tym elementem jest znalezienie pomysłu na album koncepcyjny, którego motywem przewodnim jest ból rozstania. Jak to – krytykować kogoś, kto odsłania przed nami całą swoją wrażliwość? Niepojęte. A jednak ktoś powinien uczciwie podjąć się tego zadania. Może i jestem za cienki w uszach, ale zgłaszam się na ochotnika.

Czym jest zatem Mój dom? To przede wszystkim płyta, która pod pewnymi względami istotnie stanowi ewenement na polskim rynku muzycznym. Zadajmy sobie bowiem pytanie: ilu mamy muzyków, którzy łączą talent do odnalezienia się w mainstreamie z ascetycznymi aranżacjami, ograniczonymi zazwyczaj do ulotnej elektroniki, pianina i gitary, podbijanymi subtelną sekcją rytmiczną? No właśnie, niewielu. Kortez oferuje zatem muzykę lekkostrawną, a zarazem świetnie zaaranżowaną, niosącą coś niespotykanego i intrygującego. Za przykład niech posłuży trącający zimną falą Nic tu po mnie czy na wskroś brytyjska Pierwsza. Tu jednak artysta wpada w zastawione przez siebie sidła, bo ograniczenie instrumentarium, jak i oszczędne aranże powodują, że początek jeszcze intryguje, koniec natomiast ginie już w oczekiwaniu na odmianę. Niestety, nadzieja ta okazuje się płonna – kiedy wybrzmiewa ostatni dźwięk Wyjdź ze mną na deszcz słuchacz ma wrażenie, że usłyszał właśnie jedną, bardzo długą piosenkę. Nie zmienia to faktu, że warstwa muzyczna stanowi tę lepszą połowę albumu.

Natomiast druga połowa Mojego domu – ta wokalna – powiela wszystkie grzechy debiutu. Kortez znowu wpada w manierę gdzieś pomiędzy Dawidem Podsiadło a Anią Dąbrowską; jego niski, jednostajny głos bardzo szybko powszednieje, zaś identyczna interpretacja poszczególnych fraz sprawia, że słuchacz zaczyna walczyć z chęcią na drzemkę. Być może byłoby inaczej, gdyby można było tu znaleźć te odmieniane przez wszystkie przypadki we wszystkich recenzjach emocje. Tych jednak znowu nie ma – a przynajmniej nie na tyle, żeby Mój dom zapadł w pamięć na resztę życia. Dlaczego? To kwestia złożona. Jedną z przyczyn jest z pewnością wspomniana jednostajna interpretacja, w której nie sposób znaleźć iskry czy odrobiny głębszych uczuć. I mówi to ktoś, kto ma ogromne problemy, by opanować się przy piosenkach Krzysztofa Klenczona, który na oddawanie subtelnych stanów własnych przeżyć wcale się nie silił. Rzecz druga to teksty. Może to mój pech, ale zdarza mi się czytać sporo depresyjnej poezji (np. Emily Dickinson – polecam), przy której Kortez proponuje frazy cokolwiek puste i niewzbudzające żadnych uczuć. Niestety, sesja z jego najnowszym krążkiem nie zakończyła się ani jednym dreszczem – ba, ani jednym szybszym uderzeniem serca.

Wiem, że i tak nie przekonam wszystkich recenzentów, ale spróbuję przynajmniej odwołać się do historii muzyki. Najnowsze wydawnictwo podkarpackiego artysty ma pewien precedens w historii. Jest nim krążek In the Wee Small Hours Franka Sinatry. Amerykanin nie tylko nagrał go po rozstaniu z Avą Gardner, ale również zaproponował pierwszy w historii muzyki album koncepcyjny. Zaintrygowani? A więc sięgnijcie po starocia Sinatry i po płytę Korteza. Porównanie wypada druzgocąco. Obojętność tekstów Sinatry wstrząsa do dziś, tak jak w przypadku standardu Deep in a Dream, gdzie śpiewa on: “I dim all the lights and I sink in my chair/The smoke from my cigarette climbs through the air/The walls of my room fade away in the blue/And I’m deep in a dream of you”. Mój dom nie ma nawet jednego porównywalnego wersu. Podobnie jest w przypadku interpretacji; doskonale potrafię sobie wyobrazić, dlaczego Sinatra płakał tuż po nagraniu When Your Lover Has Gone. Ktoś powie: takie porównanie jest absurdalne. W porządku – odpowiem – ale jeżeli Marcin Cichoński wystawia w swojej recenzji Kortezowi najwyższą notę, to co dałby Sinatrze? Czternastkę?

Nie powiem, że Mój dom to płyta zła – tak z pewnością nie jest. Chciałbym jednak, byście wiedzieli, że są znacznie smutniejsze i bardziej druzgocące płyty, są także krążki dużo lepsze. Kortez ponownie zrobił swoje, znajdzie się na paru listach najlepszych płyt roku, jego album będzie prezentem, który niejeden Polak znajdzie pod choinką. Nie dajmy się jednak zwariować. Omawiana płyta to przemyślany kawałek muzyki o właściwościach umiarkowanie relaksujących. Jak na dzisiejsze warunki to i tak spory sukces. Dopisywanie do tego tytułu płyty dekady stanowi natomiast albo efekt ignorancji, albo próbę zatuszowania, że nie chce się popełnić crimen laesae maiestatis – a najpewniej obu tych rzeczy jednocześnie.

 

(6 / 10)

Zobacz również

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!