Laura Marling – Semper Femina

Gatunek: folk
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Soothing; 2. The Valley; 3. Wild Fire; 4. Don’t Pass Me By; 5. Always This Way; 6. Wild Once; 7. Next Time; 8. Nouel; 9. Nothing, Not Nearly

 

Kobiece emocje to kwestia wyjątkowo skomplikowana, przez co jej ujęcie może podlegać diametralnie różnym interpretacjom, przechodzącym od namiętności Beth Hart, przez rezygnację Sharon Van Etten po wulgarny ekshibicjonizm FKA Twigs. Laura Marling również ma na ten temat coś do dodania, o czym najlepiej świadczy tytuł jej najnowszej płyty: Semper Femina. Czy jednak w tak wyeksploatowanym temacie można powiedzieć coś nowego, a przynajmniej przekonującego?

Przyznam, że sam nie byłem pewny odpowiedzi na to pytanie, zaś obaw z nim związanych nie rozwiewa bynajmniej pierwsza piosenka, którą jest niezwykle oszczędne Soothing. Choć utworowi nie sposób odmówić dużej subtelności, to ograniczone instrumentarium zdaje się zapowiadać krążek raczej jednowymiarowy, a do tego eksplorujący obszary stosunkowo dobrze znane. Konstatacja ta jest częściowo słuszna, bowiem utwór otwierający bez wątpienia ustanawia kontekst dla Semper Femina: kompozycji akustycznych, skromnych, osadzonych w folku, przywodzących na myśl twórczość krajana Marling, Glena Hansarda. Co jednak interesujące, artystka tę stosunkowo ograniczoną formułę potrafi w kolejnych kompozycjach wykorzystać na tyle twórczo, by słuchaczowi nie towarzyszyło przemożne poczucie déjà vu. Wzbogaca ona bowiem aranże o świetnie brzmiące smyczki czy elektroniczną perkusję (Don’t Pass Me By), co w efekcie powoduje, iż płyty nie sposób nazwać wtórną, mimo wąskich ram gatunkowych, w jakich się porusza.

Największe jednak znaczenie dla oceny Semper Femina ma wokal, który na całej płycie jest instrumentem zdecydowanie pierwszoplanowym. Choć można rozpływać się nad jego barwą i perfekcją, to jednak największe wrażenie robi naturalność, którą idealnie oddano w procesie produkcji. Ani przez chwilę nie spowijają go żadne efekty, zaś on sam wydaje się w pewien sposób oczywisty, jak gdyby Marling udało się zaśpiewać każdy kawałek od niechcenia, przy pierwszym podejściu (Always This Way). Takim sposobem śpiewania, a także lekkim brudem wokalu artystce zdecydowanie najbliżej do Billie Holiday. Autentyczność Semper Femina stanowi bez wątpienia największy atut, bowiem w innych okolicznościach nie udałoby się oddać tak szerokiego wachlarza szczerych uczuć. A to właśnie dzięki nim omawiana dziś płyta angażuje, a przez to – nie jest obojętna, co stanowi najczęstszą bolączkę wydawnictw, które usilnie próbują zagrać na emocjach słuchacza.

Z drugiej strony obiektywnie stwierdzić należy, iż najnowsza płyta Marling nie jest objawieniem, jak chcieliby niektórzy recenzenci. Jest to bez wątpienia pozycja nagrana z ogromnym wyczuciem, a zarazem starannością, ale jej głębia jest ograniczona. Być może jest to kwestia tekstów, które generalnie opowiadają o bolesnej miłości. Temat ten nie jest nowy, zaś wokalistkę trudno posądzić o oryginalne do niego podejście. Zamiast kreślić subtelne stopklatki budzących emocji zdarzeń – jak czynił to chociażby Frank Sinatra – oddaje ona swoje uczucia bez metafor i porównań, a w rezultacie bez zbytniej delikatności. Być może dlatego drżenie głosu, a nawet bardziej emocjonalne pasaże (Nouel) nie potrafią przyspieszyć bicia serca.

Semper Femina wygrywa praktycznie na każdym froncie: oryginalności, aranżacji oraz produkcji. Dzięki tym cechom krążek można nazwać bardzo dobrym. Daleki jestem jednak od przypisania mu geniuszu. Marling proponuje zestaw sympatycznych, choć miejscami mrocznych, a wręcz depresyjnych kompozycji, które z pewnością nadają się do wielokrotnego użytku. Problem z tym, że podczas żadnej sesji słuchacz nie doznaje egzystencjalnego wstrząsu. No cóż – może kolejnym razem…

 

7 Stars (7 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!