Linkin Park – One More Light

Gatunek: pop
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Nobody Can Save Me; 2. Good Goodbye; 3. Talking to Myself; 4. Battle Symphony; 5. Invisible; 6. Heavy; 7. Sorry for Now; 8. Halfway Right; 9. One More Light; 10. Sharp Edges

 

Linkin Park to zespół mojej młodości, choć przyznać muszę, że w połowie ubiegłej dekady nie miałem o nim najlepszego mniemania. Meteora, która wystrzeliła go do światowej ekstraklasy, składała się głównie z niewyraźnych piosenek, celujących w niezbyt wyrobionych słuchaczy w wieku okołogimnazjalnym. Nie sposób jednak zakwestionować, że z czasem zespół nabrał charyzmy. I choć elektroniczne eksperymentowanie pod okiem Ricka Rubina nie zawsze wypadało najlepiej, to moc i energia rozsadzające The Hunting Party dawały nadzieję, że oto zespół wreszcie odnalazł patent na dojrzałe, męskie granie. Wiecie, co zostaje z tych nadziei po przesłuchaniu One More Light? Nic. Null. Zero. Kamieni kupa.

Tak, wiem – nie powinienem liczyć na wiele. Singlowy Heavy, wykonany z udziałem Kiiary, stanowił wielkie ostrzeżenie, że ze stylu wypracowanego na poprzednim krążku wiele nie pozostało. A jednak łudziłem się, że choć raz na jakiś czas odezwą się gitary, że choć kilka ciosanych rytmów zapewni One More Light energię, równoważącą kompozycje bardziej elektroniczne. Tłumaczyłem sobie, że single rządzą się swoimi prawami. Ratowałem się słowami Mike’a Shinody, który w wywiadach nazywał nagranie najbardziej zróżnicowanym stylistycznie w dorobku grupy. Wiecie, co dziś powinien odrzec indagujący muzyka dziennikarz? Bullshit. Bo One More Light to nagranie całkowicie jednowymiarowe, płaskie, przeryte wzdłuż i wszerz elektroniką, której brzmienie z piosenki na piosenkę nie ulega specjalnym zmianom. Sample, efekty, gładkie wokale, automat perkusyjny – tak właśnie upitolono tę płytę. W rezultacie brzmi ona tak popowo, że w życiu nie powiedzielibyście, iż w obecnym składzie Linkin Park jest choć jedna gitara elektryczna. Takie Sorry for Now to na przykład świetna piosenka, tylko że powinien ją wykonywać Justin Bieber, a nie Shinoda! Talking to Myself uderza w klimaty dance – brakuje tylko rozłupującego łeb bębna basowego. I te de, i te pe – w rezultacie nie ma tu ani jednej piosenki, którą można by nazwać rockową.

I to jest smutne, a wręcz dramatyczne. Bo jeżeli Linkin Park czymś się broniło, to rockową mocą, wymieszaną z rapowaniem. Tak zblendowana całość stanowiła niegdyś forpocztę numetalu. Dziś z dawnego etosu pozostało zaledwie parę żałosnych elementów, które mocą można przyrównać co najwyżej do Hoobastank czy – w porywach – do Nickelback (Battle Symphony). Nikt nie wymaga od Bennigtona i spółki trzymania się cały czas tego samego stylu, ale – na miły Bóg! – muzyce tej przydałaby się minimalna choćby przewidywalność. W przypadku tak drastycznych zmian adekwatne jest pytanie: co będzie następne? Krążek w klimatach Behemotha? A może country rodem z Tennessee? No pewnie, że można i że nikt muzykom nie zabroni, tylko jeżeli chce się tak dalece sprzeniewierzyć swojemu dawnemu stylowi, to trzeba uśmiercić stary zespół i założyć nowy. Wydawanie popowych piosenek pod szyldem Linkin Park to oszustwo i odcinanie kuponów od marki, z której nie pozostało nic więcej niż nazwa.

Ale nawet jeśli podejść by do kapeli jak do tabula rasa, nie zmienia to faktu, że One More Light to krążek co najwyżej przeciętny. Choć w kategoriach popu płyta sprawdza się całkiem nieźle, to mimo wszystko zdarza jej się popadać w schematy. Nie sposób również zachwycić się wszystkimi piosenkami. O ile balladowe i lekko pretensjonalne, lecz zagrane z minimalnym feelingiem One More Light jeszcze się broni, tego samego nie da się powiedzieć o Good Goodbye czy Invisible, w których kuleją zwłaszcza banalne linie wokalu. Na plus wychodzi przynajmniej produkcja: klarowna, gładka i okrąglutka. Zarazem będzie ona stanowić gwóźdź wbity przez fanów do trumny kapeli.

Mam ochotę zakończyć tę recenzję odezwą: nie kupujcie tej płyty! Nie nagrał jej bowiem Linkin Park! Bo choć patrzę na listę wykonawców i widzę dobrze znane nazwiska, to nie przekładają się one na brzmienie krążka. One More Light to płyta na wskroś popowa, zaś poniższa ocena jest próbą mojego podejścia do krążka jako do novum. Ci z Was, którzy znają i cenią kapelę skądinąd mogą spokojnie obniżyć notę o trzy gwiazdki i zmieszać krążek z błotem. Ja z uczciwości nie mogę tego zrobić, ale będę Wam gorąco kibicował i zachęcał słowami: należało im się!

 

(5 / 10)

Save

Zobacz również

  • 1
  •  
  •  
  • 1
Sekcja komentarzy jest zamknięta.