Ljungblut – Villa Carlotta 5959

2 komentarze
Gatunek: indie rock
Data wydania: 2018
Spis utworów: 1. Hasselblad; 2. Oktober; 3. Til Warszawa; 4. 235; 5. Superga; 6. Diamant; 7. Himmelen som vet; 8. Ohnesorg; 9. Aldri helt stille; 10. Min Krig

 

Wiem, że serwisy społecznościowe nie są najlepszym wyznacznikiem popularności zespołu, ale kiedy widzę, że grupa, która istnieje od ponad dekady i ma na koncie pięć płyt długogrających ma nieco ponad dwa tysiące fanów, czuję delikatne oburzenie. Delikatne – bo daleko mi do bojownika o sprawiedliwość. Niemniej jednak, jeżeli mam okazję rozpropagować twórczość takiej grupy, to nie trzeba mnie długo namawiać. Okazja trafia się zresztą nie lada, bo zaledwie paręnaście tygodni temu Ljungblut, o którym będzie dziś mowa, wydał kolejną płytę, zatytułowaną – cokolwiek tajemniczo – Villa Carlotta 5959.

Wydawałoby się, że Norwegia to głównie muzyka metalowa, obecna zresztą nie tylko w zupełnym undergroundzie, ale również na listach przebojów. Warto w tym kontekście wspomnieć o kapeli Seigmen, która – choć nie oszczędzała słuchaczy – święciła w Skandynawii prawdziwe triumfy. Dlaczego przywołuję ją do tablicy? Otóż to właśnie w niej stawiał swe pierwsze kroki Kim Ljung, który po różnych perypetiach założył i stał się twarzą Ljungblut. Droga, którą przeszedł muzyk, była długa i wyboista, co słychać na omawianej dziś płycie. Dość powiedzieć, że gitar jest na niej niewiele, zaś główną role odgrywa motoryczny rytm i syntezatory. Utwory są na ogół spowite pogłosami, zatopione w przestrzennych efektach i płyną wokół słuchacza niczym chłodny podmuch powietrza. To bowiem, co czyni poszczególne piosenki sugestywnymi, to przede wszystkim ich atmosfera. Villa Carlotta 5959 stanowi pod tym względem wyciąg z północnej melancholii, doprawionej nutą sentymentu i desperacji. Najlepiej słychać to już w otwierającym krążek utworze Hasselblad, który za sprawą ogólnego zimna i motoryki ociera się o twórczość Placebo. I choć od tej maniery zdarzają się niewielkie odstępstwa – zalicza się do nich chociażby Ohnesorg – to ogólnie rzecz biorąc płyta idealnie nadaje się na jesienne popołudnia. Stanowi ona wywar z tych wszystkich emocji, które indukują się, kiedy za oknem wilgotny mrok, a przez szparę w oknie wdziera się chłodny, przesycony deszczem podmuch.

Jednakże choć omawianemu dziś krążkowi nie można zarzucić, iż nie indukuje sugestywnej atmosfery, to jednak jej wykreowanie nie zawsze udaje się w tym samym stopniu. Na Villa Carlotta 5959 zdarzają się momenty, w których – zamiast uroku – zaczyna się zamulanie. Tak jest na przykład w sennym Superga, które stanowi doskonały generator do ziewania. Bez mocnej kawy nie zalecam również zabierania się do słuchania Ohnesorg. Ostatecznie nie jest to jednak duży zarzut, bo kiedy wybrzmi już ostatni utwór – inspirowany norweską muzyką ludową Min Krig – w głowie pozostaje poczucie, że oto obcowaliśmy z płytą, do której, mimo mankamentów, chce się wracać.

Dlatego też, nawet jeżeli Villa Carlotta 5959 nie jest doskonała, to dobrze sprawdza się ona jako generator mrocznego nastroju. Nie każdy lubi tego rodzaju muzykę, ale jej sympatycy mogą z ciekawości sprawdzić, czy macki Ljunglut będą w stanie ich opleść i wciągnąć pod powierzchnię. W moim przypadku mogę ogłosić umiarkowany sukces. Omawiane dziś wydawnictwo ma swój niepowtarzalny styl i charakter, a to więcej niż da się powiedzieć o dziewięćdziesięciu procentach ubiegłorocznych płyt wydawanych przez zespoły z milionami fanów na koncie.

 

(7 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
Jacek JarockiAdam Recent comment authors
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Adam
Gość
Adam

Podziękowania za rekomendację. Przyzwoity album z bardzo poetyckim sznytem.
Nieco inaczej odebrałem kwestię temperatury przekazu – na słuchawkach, do powieści o rodzimych ratownikach górskich, w środku zimowego sztormu nawiedzającego wybrzeże drugiego Stycznia 2019 – mnie było ciepło 🙂