Maria Peszek – Karabin

Gatunek: pop
Data wydania: 2016
Spis utworów: 1. Gwiazda; 2. Krew na ulicach; 3. Elektryk; 4. Żołnierzyk; 5. Tu i teraz; 6. Jak pistolet; 7. Polska A B C i D; 8. Samotny tata; 9. Ogień; 10. Modern Holocaust; 11. Ej Maria

 

Karabin to jedna z tych płyt, na które naprawdę czekałem. Maria Peszek jest bowiem artystką nietuzinkową, którą lubię za dwie rzeczy: pełne oryginalnych gier słownych teksty oraz za nietypowe aranżacje, których świetnie się słucha. I liczyłem, że jej najnowsze dziełko będzie wierne tym dwóm zasadom. Mój Boże, mam wrażenie, że do czasu, kiedy nie sięgnąłem po tę płytę, nie znałem prawdziwego znaczenia słowa rozczarowanie. No cóż, teraz już znam.

Zanim sam zabrałem się za Karabin, przeczytałem – ot, tak profilaktycznie – parę recenzji. Że Karabin bazuje na aktualnej kondycji polskiego społeczeństwa – mogłem się domyślić. Podobnie jak tego, iż jest to wyraz sztuki zaangażowanej, która chce uderzyć w rozpowszechnione, ale szkodliwe zjawiska społeczne. Nie dziwią zatem głosy, iż jest to Polaków portret własny. Głosy – zaznaczmy – całkowicie wyssane z palca, a wręcz bełkotliwe. No chyba, że pani Peszek oraz wspomniani recenzenci żyją w alternatywnej rzeczywistości: to jedyne, rozsądne wyjaśnienie. Ale zajmijmy się tym później – na razie skupmy się na muzyce.

Tyle że tego akapitu mogłoby nie być. Muzyka na Karabinie praktycznie nie egzystuje, chyba, że chcemy tak nazwać nudne, jednostajne, najczęściej elektroniczne aranżacje. Koszmarnie brzmiący bas rodem z komputera jest już trudno zdzierżyć (Polska A B C i D), ale po dodaniu fatalnie brzmiącej perkusji, na którą nałożono elektroniczny przester, rzecz staje się nieznośna (Elektryk). I gdyby jeszcze na tym tle nie pojawiał się ormiański klawisz, który możecie znać z bazarów w latach 90… Niestety, to jakże ambitne instrumentarium pojawia się na tej płycie najczęściej. Aranżacje są tak uproszczone, jak to możliwe. W warstwie instrumentalnej najmniejsze nawet wolty są rzadkie, przez co jednak sprawiają one znudzonemu słuchaczowi nielichą radość. Weźmy takiego Żołnierzyka – wprawdzie ludyczna melodia brzmi cokolwiek żałośnie, ale przynajmniej wybija z bolesnej rutyny. Albo Tu i teraz, który przez chwilę punktuje fajnym, knajpianym klimatem, by po chwili zmienić się w kolejny, idiotyczny aranż. W rezultacie ze świecą szukać tu jakiegokolwiek wyrazistszego klimatu. Swoje pięć groszy dorzucają też płaskie wokalizy, które generalnie sprowadzają się do kilkunastokrotnego powtarzania refrenu (Gwiazda). Konstatacja jest jedna: Peszek się sprzedała. Skąd taki wniosek?

Bo warstwa instrumentalna została tym razem całkowicie podporządkowana warstwie tekstowej, a raczej – ideologicznej. Niestety, artystka nie jest już mistrzynią słownych gierek. Zamiast tego układa ona żałosne, częstochowskie rymy w rodzaju „Chce mi się jeść/Chce mi się pić/Chce mi się kochać/Chce mi się śnić”. Ktoś powie, że rymy te są godne lepszej sprawy. Otóż nie są, bo kiedy przypomnę sobie chociaż Jezus Maria Peszek, to nie brakowało tam tekstów zaangażowanych, ale zrobionych z niekwestionowanym polotem. A teraz co nam zostało? „Tę swoją inność nosisz/Jak Jedi świetlny miecz”… Niestety, Peszek klei takie potworki całkowicie na serio. Trudno zresztą spodziewać się czegoś więcej od politruka, który płytą chce nas przede wszystkim wyedukować, by myśleć prawidłowo. Od dziś wszyscy solidarnie musimy się pozbyć tendencji do internetowego hejtu, bo pani Peszek dostała nieprzyjemny list (Modern Holocaust). Od dziś wszyscy bijemy się przez pierś, bo homoseksualiści popełniają przez nas samobójstwa (Tu i teraz) – zwłaszcza ten, który został prezydentem jednego z polskich miast. Od dziś bierzemy na siebie odpowiedzialność jak nazistowskie Niemcy – bo spaliliśmy warszawską tęczę, a przecież „palą tęczę/Jak kiedyś ludzi w stodole” (Modern Holocaust). To nie żart – to cytat. Kto chce, niech sprawdzi.

To wszystko sprawia, że do płyty tej czuję prawdziwe, szczere obrzydzenie. Maria Peszek bazuje na obrzydliwych stereotypach, które nie mają żadnego pokrycia w rzeczywistości. Jęczy, że kraj dzieli religia i polityka, a sama dzieli – swoich słuchaczy. A podział ten jest bardzo prosty: na oświeconych, którzy „widzą, jak się rzeczy mają” i na ciemniaków, fanatyków i wierzących, którzy nienawidzą, palą, niszczą i zabijają. Wyglądam za okno – ulica nie płonie, ludzie się uśmiechają. Idzie wiosna, świat jest piękny. Najwyraźniej nie dla Marii Peszek, która panteon artystów zamieniła na zamknięty zakład swoich wyimaginowanych lęków i obaw. Ach, a za tekst, w którym główną rolę odgrywa pełen były prezydent (Elektryk), pani Peszek powinna wygrać konkurs na wróżkę roku. Niestety, stanęła po złej stronie barykady.

I taki jest Karabin. Muzyczna wydmuszka, tekstowy paw, od słuchania którego najpierw robi się nieswojo, potem słabo, a na końcu niedobrze. I jeżeli tyle miejsca poświęcam temu pseudointelektualnemu gniotowi, to tylko po to, aby Was uczulić – nie szukajcie na tej płycie niczego wartościowego. To polityczny śmieć, który – mam cichą nadzieję – za jakiś czas całkowicie straci na aktualności i stanie się objawem fobii, bezpodstawnych lęków, a może przede wszystkim walki nie o wartości, ale o interesy określonych grup.

Ta płyta to głos pokolenia, które odchodzi w zapomnienie, które myśli, że coś jeszcze znaczy i że jest autorytetem. Niestety, za fasadą mądrości i wystudiowanych obaw o los świata, kryje się wyłącznie troska o własny dobrobyt i o to, by wszyscy ludzie myśleli w ten sam zhomogenizowany sposób. Czy dziwić może, że przy takim przesłaniu muzyka schodzi na drugi plan? I całe szczęście, że tak jest, bo na tej płycie nie broni się nic. Karabin to manifest, ale nie dość, że to agitka bardzo słaba, to na dodatek całkowicie pseudoartystyczna.

PS.A na odtrutkę polecam Terrorystan Farben Lehre, gdzie Rafał Wojda śpiewa: „A z tego strachu nic dobrego nie wynika/Po co się bać, kiedy w duszy gra muzyka”. Piękne, prawda?

 

(3 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  
Sekcja komentarzy jest zamknięta.