Maryla Rodowicz – Żyj mój świecie

Brak komentarzy
Gatunek: pop
Data wydania: 1970
Spis utworów: 1, Ludzie kocham was; 2. Być z miastem sam na sam; 3. Chcę mieć syna; 4. Za duże buty; 5. Na czas wojny; 6. Żyj mój świecie; 7. Mówiły mu; 8. Ballada wagonowa; 9. Za górami; 10. Dzięcioł i dziewczyna; 11. Jeszcze zima; 12. Trzy może nawet cztery dni

 

Maryla Rodowicz to niekwestionowana królowa polskiej muzyki pop. Nie wierzycie? Dość powiedzieć, że od wydania jej debiutanckiego albumu minie pięćdziesiąt lat, a mimo to wciąż trudno sobie wyobrazić sylwester którejś z telewizyjnych stacji bez Małgośki czy Niech żyje bal. Dlatego na sesję z Żyj mój świecie zdecydowałem się z ciekawości, chcąc uzyskać odpowiedź na pytanie, jak zaczęła się ta trwająca pół wieku kariera. No więc – jak wrażenia?

Zanim odpowiem na to pytanie, podkreślę, z jakim materiałem się mierzymy. Fakt, że wykonuje go wschodząca gwiazda to jedno. Nie mniej jednak istotne jest odnotowanie, iż za warstwę tekstową odpowiada tu w sporej części Agnieszka Osiecka, zaś niektóre utwory napisał Seweryn Krajewski. Nie muszę chyba tłumaczyć, że tak doborowa obsada powinna zapewniać wyjątkowe wrażenia. A niestety nie zapewnia.  Powodów, dlaczego tak się dzieje, jest kilka.

Główny z nich dotyczy samej Rodowicz. Jej piosenki są może miłe w odbiorze, ale nie niosą praktycznie żadnych emocji. Niby nie można przyczepić się do wokalu, aranżacje również są całkiem niezłe, ale efekt końcowy jest najzwyczajniej w świecie mdły (Za duże buty). Druga rzecz: warstwa instrumentalna została rozpisana z manierą, która wydaje się nieco przestarzała. Dość powiedzieć, że nie brakuje tu piosenek lokujących się na granicy country, w czym zresztą spora zasługa częstego wykorzystywania harmonijki (Być z miastem sam na sam). Pozornie nie ma w tym nic złego, ale kiedy pomiędzy tymi kawałkami stylizowanymi na teksaską potańcówkę błyśnie nagle słowiańska ludyczność, to jednak ma się wrażenie obcowania ze skansenem (Dzięcioł i dziewczyna). Nie najlepsze wrażenie robią również zaśpiewane falsetem męskie chórki, które psują między innymi najlepszą chyba na płycie piosenkę, którą jest Ballada wagonowa. Jeżeli dodamy do tego sporą wtórność, która charakteryzuje drugą część Żyj mój świecie, otrzymamy pełny obraz tej płyty, który niestety nie świadczy o niej najkorzystniej.

Jeżeli ktoś z Was liczy, że sprawę mogą uratować teksty, ten również jest w błędzie. Ich jednowymiarowa interpretacja sprawia, że po prostu wypadają one ciekawie. To, jak traktuje je Rodowicz, najlepiej słychać w Na czas wojny, gdzie poważny tekst zostaje potraktowany jak gdyby traktował o motylach na łące. Krążkowi nie da się zresztą zarzucić zbytniej powagi, bo nawet te w zamyśle smutniejsze piosenki zaśpiewane są dokładnie tak jak te wesołe. Tym razem nawet znane nazwisko nie potrafi podnieść końcowej oceny.

Żyj mój świecie to płyta do bólu poprawna. Czy to wystarczy? Zdecydowanie nie. Nie ma ona bowiem nawet krztyny polotu, a dodatkowo nie sprawdza się jako wehikuł czasu, ponieważ jedyne historyczne elementy, jakie na niej znajdziemy, irytują zamiast indukować przekonywający klimat. Ostateczna konkluzja jest zatem smutna: omawiane dziś wydawnictwo przykryła gruba warstwa kurzu. Można go zdmuchnąć i się rozkichać, ale wciąż pojawia się pytanie – po co?

 

(6 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o