Motörhead – Aftershock

Gatunek: heavy metal
Data wydania: 2013
Spis utworów: 1. Heartbreaker; 2. Coup de Grace; 3. Lost Woman Blues; 4. End of Time; 5. Do You Believe?; 6. Death Machine; 7. Dust and Glass; 8. Going to Mexico; 9. Silence When You Speak to Me; 10. Crying Shame; 11. Queen of the Damned; 12. Knife; 13. Keep Your Powder Dry; 14. Paralyzed

 

Na początku zmuszony jestem wydać pewne poważnie brzmiące oświadczenie. Otóż jeżeli ktoś z Was z trudem wytrzymuje utwory Metalliki mocniejsze niż Nothing Else Matters, ten z miejsca może sobie tę płytę odpuścić. Aby docenić Motörhead trzeba mieć swoiste zamiłowanie do brudu pierwotnego rocka, którego najlepiej słucha się na Route 66, mknąc na błyszczącym Harleyu. To właśnie do dźwięku strzelającej rury wydechowej i rzężącego silnika najlepiej pasuje równie rzężący głos Lemmy’ego Kilmistera, wokalisty rzeczonej formacji, która wydała właśnie dwudziesty pierwszy krążek studyjny.

Wynik, przyznać trzeba imponujący. Nie zmienia to jednak faktu, że Motörhead od trzydziestu z górą lat nagrywa bodaj jedną płytę. Najprostszym kluczem, aby rozgryźć tę muzykę, jest zestawienie ze sobą dwóch dość odległych gatunków: heavy metalu oraz rock and rolla. Ich wypadkowa charakteryzuje się zarówno twardym riffem, zdecydowanie podchodzącym pod metal, jak i jaśniejszymi, melodyjnymi wstawkami, do których przy dobrej woli można by i zatańczyć.

Nie inną receptę Lemmy oraz koledzy wykorzystali na Aftershock. Płyta składa się właściwie z trzech gatunków. Pierwszym z nich, który wypada chyba najlepiej, jest metal: szybki, agresywny, ciosany, ozdobiony głosem, którego urok przypomina pracę piły spalinowej. W tych fragmentach Motörhead brzmi jak za swoich najlepszych lat. Przykłady? Genialne End of Time, Going to Mexico czy Queen of the Damned – oto utwory, do których słuchacz taki jak ja będzie wracał najczęściej, gdyż to właśnie w nich zamknięto najlepsze melodie. Drugim gatunkiem jest hard rock, nieco wolniejszy i spokojniejszy, wciąż jednak twardy niczym hartowana stal. O ile jednak pewne jego inkarnacje zaliczyć można na zdecydowany plus (Coup de Grace), o tyle niektóre tego typu utwory dręczy dziwna przypadłość: brak właściwej dlań mocy. Doprawdy, nawet mi ten zarzut z trudem przechodzi przez gardło, bo przecież pozornie wszystko jest tak jak powinno być – gitary suną, perkusja łupie, Lemmy chrypie. A jednak trudno pozbyć się wrażenia, że w utworach jak Death Machine czy Knife czegoś zabrakło – klimatu, uroku, serca…

Jest jeszcze i trzecie oblicze Motörhead, nieco nietypowe, które ujawnia się zwłaszcza na ostatnich płytach tejże formacji. Otóż niekiedy w tej metalowej, jazgotliwej muzyce odzywa się… blues. I to jeszcze jaki! Choć ten, który zaproponowano w Lost Woman Blues nie zachwyca, to równie bujana, subtelna ballada Dust and Glass jest jednym z najjaśniejszych momentów Aftershock. Proszę sobie wyobrazić siedemdziesięcioletniego bez mała Lemmy’ego, który… śpiewa. Doprawdy, niesamowite, ale i piękne przeżycie. A zarazem pewien oddech na tej mocnej, dość długiej płycie.

Jak to wszystko wypada razem? No cóż, trudno mi dokonać jednoznacznej oceny. Motörhead tą płytą na pewno zrobił to, co umie najlepiej. Niestety, połowa piosenek sprawia wrażenie nieco wybrakowanych, a druga połowa – z założenia ta lepsza – stanowi kalkę tego, co zespół robił przez ostatnie dziesięć czy piętnaście lat. Z drugiej strony, sądzę, że Lemmy celowo nie silił się na żadną rewolucję – Aftershock sprawia raczej wrażenie hołdu złożonego przeszłości, zwłaszcza szczególnie łaskawym dla heavy metalu latom 80. Nawet przytłumione, niskie brzmienie tego krążka przywodzi na myśl rzeczoną epokę. I jak tu oceniać tak ambiwalentną płytę?

Nie wiem, dlatego poniższą notę proszę potraktować jako ogólny drogowskaz. Ci z Was, którzy deifikują Lemmy’ego za jego głos/charyzmę/alkoholowe ekscesy/ilość dziewczyn (niepotrzebne skreślić) mogą sobie ocenę o jedno oczko podnieść. Natomiast ci, którzy szukają nowatorstwa i oryginalności będą prawdopodobnie rozczarowany. Ja, jako stosunkowo przypadkowy miłośnik metalu, jestem usatysfakcjonowany. Jakkolwiek – przyznaję – nie tak, jak spodziewałem się być.

 

(7 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!