Na tej stronie przedstawiamy te ze zrecenzowanych płyt, które są na tyle dobre, że z czystym sumieniem możemy je polecić naszym Czytelnikom. Tworząc ten dział zależy nam w szczególności na tym, by dostarczyć początkującemu słuchaczowi przewodnika po różnorodnych gatunkach muzycznych. Stąd staramy się nie dodawać płyt bardzo znanych lub, wprost przeciwnie, kierowanych do wąskiego grona odbiorców – miłośnicy tego rodzaju brzmień bez trudu znajdą interesujące ich albumy – lecz raczej poszerzać muzyczny horyzont przeciętnego odbiorcy, który o muzyce wie tyle, ile usłyszy w radiu i telewizji. Do każdego wpisu dodajemy krótką informację o albumie, a także wskazujemy, jakich słuchaczy może ona szczególnie zainteresować. W podsumowaniu wydajemy jedną z trzech rekomendacji.

1. Możesz posłuchać. Warto, byś znał omawianą płytę, bowiem jest ona na tyle ciekawa czy oryginalna, że istnieje spora szansa, iż będziesz zadowolony z jej przesłuchania.

2. Powinieneś posłuchać. Album jest na tyle wartościowy, że bez wątpienia należy go znać, aby wiedzieć, co szczególnie dobrego dzieje się w muzyce.

3. Musisz posłuchać. Płyta na tyle dobra, że choćbyś nie chciał, powinna znaleźć się w twoim odtwarzaczu. Dostarcza świeżego spojrzenia na krainę dźwięków i o ile tylko Ci się spodoba – a istnieje na to duża szansa – dostarczy Ci wiele radości.

Mamy nadzieję, że eksplorowanie wyszczególnionych tu płyt dostarczy Wam wiele radości i że wraz z nami z przyjemnością będziecie poszerzać swój muzyczny horyzont!

 

Łona i Webber – Nawiasem mówiąc (recenzja)

Nawiasem mówiąc

O płycie. Polski rap jest gatunkiem wyjątkowo różnorodnym, ale Łona i Webber wypracowali sobie w nim bezkonkurencyjną niszę. Nawiasem mówiąc to genialne rozwinięcie własnego stylu – oszczędnych bitów i genialnych, nieco zgryźliwych tekstów. Te ostatnie bawią lub uczą, ale nigdy nie wpadają w patetyczny ton. „Myśl muzyków najbardziej dźwięczy tam, gdzie pozwalają sobie oni na luźne obserwacje lub podane niejako mimochodem uwagi na temat różnych grup społecznych”, podkreślaliśmy w recenzji. Ich błyskotliwość to główny motor napędowy tej płyty. I choć można się z Łoną nie zgadzać, to trudno oprzeć się jego urokowi.

Dla kogo. Dla wszystkich korporacyjnych szczurów, którzy szukają w muzyce zrozumienia. Dla ironicznych krytyków współczesnej Polski. Dla tych wszystkich, którzy lubią wybitny bit i jeszcze lepsze teksty.

Nasza rekomendacja. Powinieneś posłuchać. Seans z tą płytą przypomina lekturę świetnej książki napisanej językiem kioskowego bestsellera. Spójność warstwy lirycznej z muzyką to nie mniej ważny walor.

 

Street Chaos – Nie pytaj dlaczego (recenzja)

Nie pytaj dlaczego

O płycie. Polska scena hardcore trzyma się wyjątkowo dobrze, głównie dzięki takim weteranom jak Street Chaos. Mimo upływu lat zespół wciąż jest wierny wściekłym, ciężkim brzmieniom. I w swej kategorii krzyczanych, agresywnych piosenek jest niekwestionowanym mistrzem. „Płyta jest naprawdę mocarna – praktycznie każde uderzenie bębnów, każde szarpnięcie strun gitary czy basu, a także każda fraza wokalu to skondensowana wściekłość” – zauważaliśmy w recenzji. Zarazem jednak nie brakuje tu również fragmentów wręcz lirycznych, co sprawia, że to świetny punkt wyjścia dla tych, którzy chcą poznać mocniejsze brzmienia, ale nie wiedzą, od czego zacząć.

Dla kogo. Dla miłośników klasycznego, nowojorskiego hardcore’u. Dla tych, którzy między krzykiem a szybkim rytmem lubią ładne melodie. Dla tych, którzy boją się takiej muzyki, a zarazem coś ich do niej ciągnie.

Nasza rekomendacja. Możesz posłuchać. Choć trudno polecić tę płytę każdemu – jest ona wszak nieco hermetyczna – to feeling, z jakim ją stworzono sprawia, że staje się ona bardziej uniwersalna niż większość innych wydawnictw tego typu.

 

Bleached – Welcome the Worms (recenzja)

Welcome the Worms

O płycie. Trzy dziewczyny, które bardzo kochają klasyczne punk rockowe brzmienia, a przy tym nie brak im talentu do rewelacyjnych melodii – taki miks nie mógł dać złej płyty. I nie dał, bo Welcome the Worms to piguła porywających brzmień, których czas pochodzenia przypada gdzieś między rokiem 1965 a 1990. „Choć brzmienie cofa nas co najmniej o trzy dekady, to zaaplikowano je tylko po to, by wykreować odpowiedni klimat, a nie cokolwiek naśladować” pisaliśmy w recenzji. Dzięki takiemu podejściu dostajemy energiczny hołd dla brudnej, rockowej tradycji podbitej niemałą przebojowością.

Dla kogo. Dla zwolenników kobiecych, ale gniewnych zespołów. Dla tych, którzy cenią muzykę rodem z garażu rodziców. Dla ciekawskich, którzy chcą usłyszeć krzyżówkę punka, popu i noise rocka.

Nasza rekomendacja. Możesz posłuchać. Welcome the Worms nie jest najłagodniejszą płytą, ale dziewczęcy skład powoduje, że nie ma tu mowy o ekstremach muzyki. Zaś to, co jest – czyli genialne wprost melodie – powinno skusić każdego.

 

Bent Shapes – Wolves of Want (recenzja)

Wolves of Want

O płycie. Czy można być świetnym zespołem mając 3000 fanów na Facebooku? No pewnie, że można! A najlepszy tego dowód stanowią Bostończycy z Bent Shapes. Ich muzyka oscyluje pomiędzy popem i rockiem, ale w sposób tak nieoczywisty i oryginalny, że eksploracja Wolves of Want to czysta przyjemność. „Cała płyta jest pod tym względem źródłem coraz to nowych zmian stylistyki i coraz to nowych zaskoczeń”, pisaliśmy w recenzji. „Album jest dosłownie usiany niepowtarzalnymi akordami oraz chwytliwymi melodiami, które swego czasu, czyli paręnaście lat temu, były domeną Weezera, dziś zaś nie mają żadnych epigonów”. W tej konkurencji Bent Shapes trudno zresztą przebić.

Dla kogo. Dla malkontentów, którzy sądzą, że w muzyce wszystko już było. Dla miłośników lekkich, ale urokliwych piosenek, które walczą zarówno melodią, jak i oryginalnością. Dla tych, którzy z sentymentem wspominają twórczość Weezera sprzed dwóch dekad.

Nasza rekomendacja. Powinieneś posłuchać. Krążek jest na tyle przystępny, że nie ma Cię czym zrazić i na tyle dobry, że powinieneś bez trudu go docenić. Jeżeli tak się stanie, to bardzo prawdopodobne, że niejednokrotnie będziesz do niego wracał.

 

Grzegorz Turnau – To tu, to tam (recenzja)

To tu, to tam

O płycie. To jeden z tych albumów, które artyście zapewniają nieśmiertelność na kilka dekad. Kto nie wierzy, niech sprawdzi, ile razy od roku 1995 emitowano w radiach Bracką. Sęk w tym, że To tu, to tam to znacznie więcej niż jeden klasyk. „Skutkiem kompromisu pomiędzy popularnością a ambicjami stricte muzycznymi jest całkowita niemal rezygnacja z brzmień o pochodzeniu jazzowym” – pisaliśmy w recenzji. I bynajmniej nie jest to wada, bo „przy To tu, to tam trzyma jej niezwykły klimat: pełen ciepła, zadumy, a zarazem autentyczny i tak sugestywny, że każdy – nawet lumpenproletariusz – choć przez chwilę cokolwiek poczuje”. Pod kątem relacji przystępności do piękna krążek Grzegorza Turnaua nie ma sobie równych. 

Dla kogo. Dla tych, którzy lubią muzykę nie zbyt trudną, ale wartościową. Dla słuchaczy, którzy święcie wierzą, że mieszkanie na Brackiej sprowadza się do zwijania mokrych od deszczu dywanów. Dla fanów rożka angielskiego, którego częste wykorzystanie nadało płycie jej charakterystyczne brzmienie.

Nasza rekomendacja. Musisz posłuchać. Ta płyta to bomba połowy lat 90. I nie bez powodu. Co jeszcze ważniejsze, po latach brzmi równie czarująco.

 

KSU – XXX-lecie, Akustycznie (recenzja)

XXX-lecie, Akustycznie

O płycie. KSU to weterani polskiego punk rocka, którzy przez lata zapracowali sobie na status legendy. Jednakże wydana z okazji okrągłego jubileuszu płyta XXX-lecie, Akustycznie, pokazuje zespół od całkowicie innej strony. Wokalista i kompozytor Eugeniusz Olejarczyk zaprosił do współpracy m.in. Małgorzatę Ostrowską i Andrzeja Grabowskiego, a następnie nagrał płytę… Folkową! Z porażająco dobrym rezultatem. „Choć wiem, że nie uniknę kontrowersji, wydaje mi się, że w większości przypadków folkowe wersje brzmią lepiej od punkowych oryginałów” – pisałem w recenzji. Tutaj swoje zdanie podtrzymuję, bo przepiękne, przejmujące piosenki o Bieszczadach wybrzmiewają jeszcze lepiej w aranżacjach na skrzypce i flet.

Dla kogo. Dla miłośników Bieszczad, którzy lubią poranki, gdy wierzchołki gór spowija mgła. Dla sympatyków poezji śpiewanej, która na pierwszy rzut oka z poezją nie ma nic wspólnego. Dla starych punkowców, którzy mogą zobaczyć, jak ich idol z młodych lat starzeje się z godnością i bez sprzedaży ideałów.

Nasza rekomendacja. Powinieneś posłuchać. Choć płyta ma swoje bardziej szorstkie fragmenty, to jest to kawał niezwykle klimatycznego grania.

 

Johnny Marr – Adrenalin Baby (recenzja)

Adrenalin Baby

O płycie. O ile na płytach Marr wypada lepiej lub gorzej, o tyle na żywo pokazuje wszystkie swoje atuty. Genialne zgranie muzyków, niepowtarzalny klimat i zabawa aranżacją dobrze znanych utworów to znak rozpoznawczy jest koncertów. „W stosunku do nagrań studyjnych wysunięto zwłaszcza klawisze, które nie tylko dehumanizują niekiedy brzmienie, ale i nadają delikatnej psychodelii” – pisaliśmy w recenzji. „Efekt końcowy jest tym ciekawszy, że cały album wyprodukowano bardzo ciepło i przestrzennie – wyraźnie słychać, że jest to nagranie koncertowe, ale zarazem gitara Marra brzmi tak perfekcyjnie, że niemalże każdy jej dźwięk budzi na plecach autentyczne mrowie ciarek”. Od czasu wydania Adrenalin Baby nie słuchamy już studyjnych nagrań Brytyjczyka. Przekonani?

Dla kogo. Dla tych, którzy lubią dać się ponieść klimatowi koncertu. Dla ludzi, którzy bardziej niż ciepło i miłą melodię cenią chłód i ascezę. Dla fanów The Smiths, którzy wciąż nie mogą pogodzić się z rozpadem formacji.

Nasza rekomendacja. Powinieneś posłuchać. To jedna z najlepszych płyt koncertowych, jakie słyszeliśmy. Klimat przez duże K ma szansę zniewolić dużą część z Was.

 

Totally Mild – Down Time (recenzja)

Down Time

O płycie. Zakompleksiona dziewczyna postanowiła za sprawą muzyki przemienić się w uwodzicielskiego wampa. Efektem jest krążek, który idealnie nadaje się jako soundtrack do 50 Twarzy Greya, choć bez wątpienia przewyższałby film pod względem walorów artystycznych. „Down Time to wprawdzie debiut, ale bardzo dojrzały. Te dziesięć piosenek, z których tylko dwie trwają dłużej niż trzy minuty, napisano z dokładną wizją tego, jakie brzmienie chce osiągnąć zespół” – zauważyliśmy w recenzji. No cóż, po kolejnym z kolei przesłuchaniu płyta wciąż uwodzi tak samo. Magia czy po prostu dobry krążek?

Dla kogo. Dla tych, którzy siadają nad ranem w oknie, by z kubkiem w dłoniach żegnać nieprzespaną noc. Dla miłośników onirycznego klimatu, którzy rozpuszczają się przy dźwiękach saksofonu. Dla ludzi, którzy chcą uwieść muzyką – z tą płytą to możliwe.

Nasza rekomendacja. Powinieneś posłuchać. Wprawdzie nie w dzień, kiedy na gwałt potrzebujesz kawy, ale w jakiś deszczowy wieczór płyta może wywrzeć na Tobie piorunujące wrażenie. Down Time to kawał klimatu.