Paramore – After Laughter

Gatunek: synthpop
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Hard Times; 2. Rose-Colored Boy; 3. Told You So; 4. Forgiveness; 5. Fake Happy; 6. 26; 7. Pool; 8. Grudges; 9. Caught in the Middle; 10. Idle Worship; 11. No Friend; 12. Tell Me How

 

Trudno powiedzieć, by Paramore było kiedykolwiek moim ulubionym zespołem. Mimo to przyznaję, że grupa, choć stanowiła raczej marketingowo wykreowaną maszynkę do zarabiania pieniędzy, a nie samorzutny projekt, była w stanie zaproponować kilka dobrych, rockowych kawałków. Jeżeli jednak kojarzycie Paramore z ostrymi riffami i emocjonalnymi, rwanymi wokalami, to muszę Was zmartwić – takiego zespołu od ładnych paru lat nie ma. I jeżeli ktoś w swej naiwności myślał, że poprzednia płyta to raczej eksperyment czy wypadek przy pracy, ten po przesłuchaniu After Laughter zrozumie, jak bardzo się mylił.

Zacznijmy od tego, czego na najnowszej płycie Paramore nie ma – otóż z pewnością stwierdzić można deficyt elektrycznych gitar, które zastąpiono rozbudowanymi partiami syntezatorów. Nie uświadczymy również dobrze znanej, łamanej perkusji – zamiast niej pogrywają sobie syntetyczne bębny. Taka mieszanka wystrzeliwuje zespół Hayley Williams w zupełnie nowe rejony, będące wypadkową new wave z lat 80. i współczesnego synthpopu spod znaku La Roux. Choć kompozycje próbują niekiedy trzymać fason stricte rockowy, na przykład za sprawą synkopowanego rytmu (Pool), to niekiedy flirtują one również bez kompleksów z muzyką disco (Rose-Colored Boy). Ten syntetyczno-dyskotekowy sznyt przenika nawet utwory pozornie nawiązujące do dawnego stylu, w których ważną rolę odgrywa elektryczna gitara. Jej brzmienie jest jednak na ogół tak złagodzone, że nie może się równać z wybijającymi się na pierwszy plan samplami (Fake Happy, Grudges). Tam zaś, gdzie odzywa się nieco większa energia, ogólny poziom ciężkości dobija co najwyżej do tego, który znamy z twórczości Avril Lavigne (Idle Worship). Sama Williams również jednoznacznie dostosowała się do nowego stylu – krzyk zastąpiła nośnymi partiami wokalu, a nierównomiernie wyśpiewywane słowa ustąpiły pod naporem okrągłych fraz.

To również wokal jest przyczyną, dla której Paramore ostatecznie odpuszcza (niektórzy powiedzą – zdradza) rockowe ideały i wyraźnie ciąży w stronę współczesnego popu. Do przeboju lata pretenduje na przykład Caught in the Middle, które płynie sobie wraz z reggae’owym rytmem, a do tego ozdobione jest ciekawą partią syntezatorów, a także inspirowane sunshine popem Hard Times. W tę najbardziej popową część wpisuje się również balladowe 26, w którym znajduje się nawet miejsce na smyczki. Te momenty jednoznacznie pokazują, że After Laughter to na tle Brand New Eyes czy Riot! całkowita rewolucja i jednoznaczna kontynuacja nowego otwarcia, którym była poprzednia płyta.

Mimo tego nie sposób powiedzieć, by omawiany dziś krążek był zły. Choć jest on zachowawczy, to z drugiej strony trudno mu cokolwiek zarzucić. Jedyna uwaga dotyczy faktu, że w nowej odsłonie Paramore traci mimo wszystko niewątpliwy atut, jakim była oryginalność. After Laughter to zestaw dość standardowych piosenek, które dobrze mogą wybrzmieć na imprezie, ale nie budzą żadnych emocji. A to mimo wszystko pewna strata, bo jeżeli za coś lubiłem kapelę Williams, to za gniew, który – choć miarkowany – gdzieś tam się między wierszami przebijał. Tym razem o buncie nie ma mowy, zaś Paramore staje w szranki z zupełnie nową konkurencją. Synthpop jest obecnie na fali wznoszącej, stąd trzeba mieć naprawdę dobry powód, aby wybrać akurat ten krążek spośród innych. Zakładam, że Williams liczy w tej kwestii na swoich fanów, którzy bezkrytycznie łykną wszystko, co się im zaproponuje. Ci, którzy haczyka osoby wokalistki nie chwycą, muszą naprawdę nielicho się napocić, żeby odpowiedzieć na pytanie, dlaczego akurat After Laughter.

Choć zatem podtrzymuję słowa, iż nie jest to płyta zła, to zarazem przypomina ona produkt instant – całkiem smaczny i mało wymagający, ale nadający się raczej do jednokrotnego przyrządzenia. Po wybrzmieniu balladowego Tell Me How głowa pozostaje pusta, zaś serce nie drży na myśl o ponownym przesłuchaniu krążka. Niemniej jednak, jest to najbardziej strawna i najmniej pretensjonalna płyta w dotychczasowej karierze Paramore. A to, że rozmieniła ona nastoletni bunt na w pełni dorosłe, ale trochę bezbarwne poszukiwanie swojej tożsamości? Cóż, taka kolej losu.

 

7 Stars (7 / 10)

Save

Save

  • 1
  •  
  • 1
  • 1

Wypowiedz się!