Paramore – Paramore

2 komentarze
Gatunek: rock elektroniczny
Data wydania: 2013
Spis utworów: 1. Fast In My Car; 2. Now; 3. Grow Up; 4. Daydreaming; 5. Interlude: Moving On; 6. Ain’t It Fun; 7. Part II; 8. Last Hope; 9. Still Into You; 10. Anklebiters; 11. Interlude: Holiday; 12. Proof; 13. Hate to See Your Heart Break; 14. (One of Those) Crazy Girls; 15. Interlude: I’m Not Angry Anymore; 16. Be Alone; 17. Future; 18. Native Tongue; 19. Escape Route.

 

Zazwyczaj z dużą dozą krytycyzmu podchodzę do płyt, które odniosły komercyjny sukces i nad którymi w zachwytach rozpływają się tzw. profesjonalni recenzenci. Niestety, rynek muzyczny jest tak skonstruowany, że do ogólnoświatowej muzycznej świadomości wdziera się najczęściej nie to, co dobre, ale to, co nachalnie promowane. Oczywiście, nie oznacza to, że każdy dobrze sprzedający się krążek powinien być od razu potępiony. Lubię po prostu zadać pytanie na ile bronią się piosenki, a na ile nadany im rozgłos to efekt wielu godzin prac sztabu PR, marketingu i promocji.

Uczciwie trzeba przyznać, że najnowsza płyta Paramore odniosła sukces (pierwsze miejsce na liście Billboardu nie pozostawia raczej wątpliwości). Krytycy muzyczni również ją docenili. Pytamy teraz zatem o powody. Co takiego oferuje Paramore w nowym składzie? Inny styl? Ciekawie zaaranżowane piosenki? Powalające melodie? Innowacyjność? Nic z tych rzeczy.

Po pierwsze, Paramore proponuje nam głównie coś, co można nazwać tanecznym rockiem. Wystarczy posłuchać pierwszej piosenki, Fast in My Car, by od razu wpaść na właściwy trop – w tym wypadku tropem tym jest Franz Ferdinand. Takich piosenek jest więcej: Grow Up, Still Into You, (One of Those) Crazy Girls  – wszystkie nadają się na parkiet. Po drugie, trafiają się tu również piosenki utrzymane w bardziej rockowym stylu (Ain’t It Fun), ocierające się niekiedy o pop punk (Anklebiters). Nie brakuje też wycieczek w stronę ballad (Hate to See Your Heart Break) czy futurystycznego rocka spod znaku Muse (Future). Płyta jest zatem różnorodna, choć nie brakuje tu wspólnych mianowników. Jednym z nich jest spora ilość elektroniki. Właściwie w każdym utworze można usłyszeć sample lub bardziej syntezatorowe brzmienia. To również powoduje, że Paramore znajduje się z tą płytą w połowie drogi między rockowym pubem a dyskoteką.

Niestety, choć w teorii opisy poszczególnych piosenek brzmią dobrze, w praktyce okazuje się, że niemal każda z nich ma większe lub mniejsze wady. Największą z nich, dotyczącą każdej kompozycji, jest produkcja – tak płasko wyprodukowanej płyty nie słyszałem chyba od czasów Offspringowego Splintera. W ogóle, podkreślam to z pełną świadomością, w ogóle nie ma tu energii. Często nawet noga nie chce chodzić do rytmu, bo muzyka nie wyzwala absolutnie żadnych emocji. Bezpłciowe, bezbarwne dźwięki sączą się przez prawie siedemdziesiąt minut… Można się tą płytą porządnie struć. Nie mniej ważna kwestia – wokal, który, bynajmniej, nie ma wyłącznie jednego mankamentu. Po pierwsze, linie wokalne są niekiedy kuriozalne (Daydreaming). Możemy wprawdzie usłyszeć jakieś postękiwanie i pojękiwanie, ale rzadko kiedy dobry śpiew. Chwytliwych melodii nie ma tu właściwie wcale, a niektóre refreny to istny koszmar (Proof, Be Alone). Po drugie, produkcja sprawia, że Hayley Williams brzmi jak Avril Lavigne. Żeby tylko! Skoczny punk z dziewczyną na wokalu potrafi się skojarzyć z Blog 27 (Anklebiters) – poziom muzyczny jest ten sam. Po trzecie wreszcie, zdarza się, że głos rujnuje całkiem nieźle zapowiadającą się kompozycję (Part II), zupełnie nie pasując do pierwotnego zamysłu kompozytorów.

Oprócz tego Paramore ma inne, nieco mniejsze problemy. Jednym z zarzutów może być wyraźnie słyszalny brak szczerości i sztuczność. Muzyka, zupełnie wyprana z emocji, nie przekonuje niczym i, mówiąc wprost, niewiele obchodzi słuchacza. Innym mankamentem okazują się nachalnie wstawiane sample. Kilkukrotnie nakładany wokal (Still Into You), pretensjonalne sztuczne smyczki ((One of Those) Crazy Girls) czy dzwonki rodem z kołysanki (Hate to See Your Heart Break) nie pomagają muzyce. Wreszcie, rażą niekiedy niezbyt udane zabiegi formalne: dziwne rytmy, wyciszenie w środku piosenki, a następnie powrót do poprzedniego poziomu dźwięku (Future)… To sztuka dla sztuki, ale nic więcej.

Dużym plusem płyty są za to trzy króciutkie, minutowe interludia. Wokal i banjo to jedyne używane w tych miejscach instrumentarium. W takich krótki fragmentach, brzmiących niczym piosenki rodem z lat 40., wreszcie pojawiają się ciekawe melodie i wreszcie pojawia się, zapomniana na tym krążku, cnota muzycznego umiarkowania.

Niestety, trzy minuty udanych kompozycji na siedemdziesiominutowej płycie to za mało, by móc ją polecić. Przez resztę czasu atakuje nas nudna, źle wyprodukowana, zrobiona bez pomysłu i polotu muzyka. Mimo komercyjnego sukcesu, to, co proponuje Paramore nie obroni się za rok, nie mówiąc już o tym, że za dziesięć lat płyta ta zostanie zupełnie zapomniana, brzmiąc – w najlepszym razie – przestarzale. Tak niestety kończą wydmuszki wielkich wytwórni płytowych. Paramore nie jest pod tym względem żadnym wyjątkiem.

 

(3 / 10)

Paramore to wykonawca omówiony w cyklu Dyskografie Muzycznego Horyzontu. Przejdź na tę stronę, aby zobaczyć podsumowanie jego dorobku!

Save

Save

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!