Pennywise – Pennywise

Gatunek: punk rock
Data wydania: 1991
Spis utworów: 1. Wouldn’t It Be Nice; 2. Rules; 3. The Secret; 4. Living for Today; 5. Come Out Fighting; 6. Homeless; 7. Open Door; 8. Pennywise; 9. Who’s to Blame; 10. Fun and Games; 11. Kodiak; 12. Side One; 13. No Reason Why; 14. Bro Hymn

 

Ci z Was, którzy regularnie śledzą wakacyjne spotkania z brzmieniami usytuowanymi wokół hardcore’u, zaważyli zapewne, że co roku na naszych łamach pojawia się Pennywise. Nie ukrywam, że kapelę Jima Lindberga darzę taką sympatią, iż trudno mi się oprzeć, by nie sięgać po jej kolejne płyty. Tym razem wybór padł na debiut. Dlaczego? Cóż, mam swoje dobre uzasadnienie, ale na razie go nie zdradzę.

Rok 1991 nie był najlepszym czasem dla punk rocka. Poobijana scena, z której zniknęło wiele grup, powoli się odradzała, ale samą muzykę wciąż traktowano jako raczej niszową, kojarząc ją głównie z kulturą skaterską. W takiej też sytuacji pojawia się Pennywise – zespół nie do końca znikąd, bo znany już z dwóch płyt EP. Jego debiut jednak zaskakuje. Dlaczego? Głównie z tego względu, iż jest w pełni dojrzały, autorski i zwiastujący styl, jaki będziemy mieli okazję z przyjemnością eksplorować przez następne ćwierć wieku.

Zacząć być może wypada od tego, że na tle punkowej konkurencji zespół Jima Lindberga stanowi prawdziwą nowość. Szybkie i agresywne piosenki, które składają się na tę płytę (Wouldn’t It Be Nice, The Secret) podbito tak niesamowicie brzmiącymi wokalami, że niemożliwe jest, by choć jedna linia wokalna z tego krążka nie werżnęła się w mózg i nie pozostała w nim na dłuższy czas. Dźwięczny głos Jima Lindberga, który śpiewa, a nie wrzeszczy to jedno (vide: bridge w Living for Today). To, co robią harmonie wokalne i chórki to natomiast zupełnie inna historia. Debiut Pennywise wręcz kipi od miejsc, przy których niejednokrotnie po plecach przechodzą ciarki (Rules, No Reason Why), głównie za sprawą inteligentnie rozegranych melodii, którym galopująca perkusja nadaje mknącej lekkości. Niech zatem nie boi się tej płyty ktoś, kto wysiada przy The Offspring. Na omawianym dziś krążku nie brakuje bowiem miejsc co najmniej równie melodyjnych, a zrobionych z taką swadą i tak dobrze odegranych, że łapa sama wraca do odtwarzacza, aby włączyć płytę jeszcze raz.

Jest w debiucie Pennywise jeszcze jedna, arcyważna rzecz, którą docenią zwłaszcza koneserzy. Otóż płyta jest dosłownie kopalnią klimatu. Brzmi ona wprawdzie niezbyt mocarnie (za mało na niej dolnych dźwięków), ale zarazem nie sposób nie stwierdzić, iż produkcja niesie swoisty zeitgeist. Mało tego: ów duch czasów zupełnie się nie zestarzał – po ćwierć wieku brzmi wciąż tak samo porywająco i inspirująco. Kto nie wierzy niech posłucha sobie utworu tytułowego (trudno o lepszy generator pogo) czy Bro Hymn, koncertowego klasyka, który dosłownie śpiewa się sam. Mało? To dodajmy, że Jim Lindberg i koledzy nagrali płytę w stu dziesięciu procentach punkową, która nawet na chwilę nie zwalnia. Że to niby oznacza nudę? Błąd: oznaczałoby, gdyby płyta trwała dłużej niż pół godziny. No i trwa – półtorej minuty więcej. Gdyby ten jeden czy dwa kawałki wyrzucono, mielibyśmy opus magnum południowokalifornijskiego punk rocka.

Bez względu na to, debiut Pennywise to krążek, który każdy fan takich brzmień znać powinien – i to na pamięć. Nie bez powodu The Offspring nagrało własną wersję No Reason Why­ – piosenka ta, podobnie jak i reszta płyty, to jedne z najwybitniejszych osiągnięć kapeli. Choć przesadzam mówiąc, że jest to muzyka dla każdego, to stanowi ona bardzo dobry punkt wyjścia, dla kogoś, kto chce zacząć przygodę z punk rockiem. Po albumie takim jak ten trudno nie ulec jego urokowi.

 

8 Stars (8 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!