Protomartyr – Relatives in Descent

Gatunek: zimna fala
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. A Private Understanding; 2. Here Is the Thing; 3. My Children; 4. Caitriona; 5. The Chuckler; 6. Windsor Hum; 7. Don’t Go to Anacita; 8. Up the Tower; 9. Night-Blooming Cereus; 10. Male Plague; 11. Corpses in Regalia; 12. Half Sister

 

Uwaga, uwaga, coraz poważniej rozważam karierę w przemyśle wróżbiarskim. Mam bowiem ochotę powiedzieć: znałem Protomartyr zanim to było modne; kto nie wierzy, niech sprawdzi recenzję The Agent Intellect, opublikowaną 23 grudnia 2015 roku. I choć krążek tamten był niezły, to rewolucję wywołało wydane niedawno Relatives in Descent. Dlaczego? Mam ochotę być odrobinę złośliwy i powiedzieć, że obecny wydawca, czyli Domino, ma lepszy dział marketingu niż poprzedni. A co jeżeli się mylę i Amerykanie naprawdę nagrali po prostu lepszą płytę?

Czerwone światełko, buczenie – zła odpowiedź. Powiedzmy sobie bowiem na początku szczerze: w stosunku do poprzedniego krążka nie zmieniło się tu wiele. Protomartyr nadal porusza się w klimatach zimnej fali, w których dominuje brud, motoryka i spora doza chłodu. Nie liczcie zatem na przebojowe linie wokalu czy odrobinę słońca. Większość utworów to duszne, dość jednostajne kompozycje, zaśpiewane niskim, rzadko kiedy stuprocentowo czystym głosem. Inspirowane są one zresztą nie tylko samą stylistyką Joy Division et consortes, ale również garażowym rockiem końcówki lat 60. Słychać to szczególnie w spłaszczonym brzmieniu gitary i dudniącym basie. Na tym tle dość jednostajnych piosenek wybija się zaledwie kilka utworów. Jednym z najbardziej charakterystycznych jest szybki, wręcz rock’n’rollowy Don’t Go to Anacita. W takich miejscach można również usłyszeć, jakie piętno na Relatives in Descent odciska tradycja brytyjskiego grania. Kto z Was lubi deszczowe brzmienia z okolic Manchesteru czy Liverpoolu ten omawiany dziś krążek może sobie na wyrywki posłuchać. W całości jednak jest on przeznaczony głównie dla miłośników motorycznych i mało przyjaznych brzmień, które potrafią sprawić, że człowiek poczuje się trochę gorzej. I to jest, że tak powiem, spoko, bo jeżeli słucha się zimnej fali, to właśnie po to: żeby było człowiekowi gorzej.

Wciąż jednak nie mogę zrozumieć, co takiego widzą w tej płycie recenzenci, którzy uznają ją za objawienie. Takiej muzyki jest wszak całkiem sporo, wystarczy tylko się rozejrzeć. Trudno również nie zauważyć, że choć Protomartyr próbuje nawiązywać do Joy Division, to pod kątem emocji, jakie wzbudza muzyka, Amerykanie są kilka długości za zespołem Iana Curtisa. Nad Relatives In Descent unosi się wprawdzie całkiem przyjemny klimacik brudu i lekkiej beznadziei (może dlatego, że muzycy pochodzą z Detroit), ale w porównaniu z ciosem, jakim jest słuchanie Unknown Pleasures czy Closer, omawiana dziś płyta to ledwie odczuwalne pstryknięcie. No i dochodzi do tego pytanie: czy krążek rzeczywiście zasługuje na te wszystkie „dziwiontki” i „dziesiontki”, które mu się rozdaje? Otóż uważam, że nie. Wiem, że w zalewie – a wręcz w ogromnej powodzi – muzyki, którą może sobie dziś nagrać i wydać każdy, krążek, który zrobiono ze względnym pomysłem i wyczuciem musi sprawiać wrażenie objawienia. Ja jednak nie będę chwalił muzyków tylko za to, że umieją dobrze grać na instrumentach. Zwłaszcza, że Relatives in Descent nie zachęca do kolejnych przesłuchań; po trzech czy czterech razach odsłania ona swoje najlepsze karty – i na tym koniec.

Jestem pewny, że Relatives in Descent załapie się do jakiegoś zestawienia płyty roku. To album niegroźny, który nie zmieni świata, ale recenzentom da wrażenie obcowania z czymś innym. A przeciętny słuchacz? Ten o omawianym dziś krążku nie będzie za miesiąc pamiętał. Jak dotąd Protomartyr nie znalazł metody na przekształcenie zimnej fali na swoją modłę, zaś najnowsza płyta boleśnie tego dowodzi.

 

(6 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!