Protomartyr – The Agent Intellect

Gatunek: post punk
Data wydania: 2015
Spis utworów: 1. The Devil in His Youth; 2. Cowards Starve; 3. I Forgive You; 4. Boyce or Boice; 5. Pontiac 87; 6. Uncle Mother’s; 7. Dope Cloud; 8. The Hermit; 9. Clandestine Time; 10. Why Does It Shake?; 11. Ellen; 12. Feast of Stephen

 

Pamiętacie taki zespolik jak Joy Division? Założony pod koniec lat 70., grał ascetyczne piosenki, z których wylewał się mrok, zaś brud i depresja zostały przezeń podniesione do rangi sztuki. Niestety, grupa rozpadła się po samobójczej śmierci wokalisty, Iana Curtisa. Pewnie zastanawiacie się, skąd takie nawiązanie we wstępie do recenzji całkowicie współczesnego zespołu, którego wszyscy członkowie żyją i mają się dobrze? Cóż, odpowiedź jest prosta: Protomartyr równie dobrze mogliby się nazwać Joy Division 2.

Na pierwszy rzut oka znowu wybrałem sobie zespół, o którym nikt poza rodzinnym Detroit nie słyszał. Błąd. Siedem lat działalności, trzy płyty na koncie, strona na Wikipedii i – o ile Facebook prawdę Ci powie – bez mała dwadzieścia tysięcy fanów: oto Protomartyr. Ich najnowszy krążek to natomiast The Agent Intellect. Jeżeli szukałbym jeszcze jednego powodu, by sięgnąć po to wydawnictwo, to jego tytuł przesądza sprawę – intelekt czynny to jedno z kluczowych pojęć psychologii Arystotelesa. A jako że jestem z urodzenia i wykształcenia filozofem, argument okazał się koronny. Jak zatem wypada to zderzenie wygórowanych oczekiwań i nadziei na drugie Joy Division z osobistymi predylekcjami?

Będę szczery: przeciętnie. Protomartyr to do bólu typowe skrzyżowanie muzyki post punkowej z noise rockiem. Muzycznie The Agent Intellect utknęła w okolicach debiutu Joy Division. Instrumenty grają zatem bardzo prosto, motoryczne, ascetycznie, a przy tym wyjątkowo niedbale i hałaśliwie (Why Does It Shake?). Zero elektroniki, zero sampli, czasem jedynie coś się sprzęgnie albo zapiszczy. A wokal? No cóż, gdyby nie fakt, że Curtis nie żyje od trzydziestu pięciu lat, miałbym nie lada problem, by uznać, że w Protomartyr śpiewa ktoś inny. Zamierzone fałsze, osobliwa ekspresja i stosunkowo duża ilość chłodu to znaki rozpoznawcze Joe Caseya. Wystarczy posłuchać jego chrypienia w refrenie Boyce or Boice, a będziemy już wiedzieli, jaka jest cała ta płyta.

Zarazem jest to jednak główny problem The Agent Intellect. Bo choć muzykom udaje się miejscami wykreować wilgotny, gęsty klimat, tak charakterystyczny dla zimnej fali, to jednak ramy tej formuły są na tyle ciasne, iż trudno wypełnić je trzema kwadransami dobrego skądinąd materiału. Jeżeli zatem przy Cowards Starve słuchaczowi rzeczywiście udziela się atmosfera, to raczony nią cały czas staje się w okolicach Ellen całkowicie obojętny. Zespół ani nie chwilę nie zmienia standardowego brzmienia. Choć muzyka dzieli się na tę bardziej hałaśliwą i tę ascetyczną, to i ta formuła dość szybko się wyczerpuje. Żeby jeszcze w międzyczasie po plecach przebiegł nam choć najmniejszy dreszcz… Niestety, emocje na tej płycie są tak samo blade jak przejawy oryginalności.

Biorąc to wszystko razem, trudno powiedzieć, by The Agent Intellect był płytą w jakimkolwiek stopniu przełomową. Od Joy Division dzielą go lata świetlne. Zespół ma wprawdzie własny styl, ale patenty przezeń wyznaczane po prostu się nie sprawdzają. Żebym jednak został dobrze zrozumiany: nie odradzam przesłuchania tej płyty. Po prostu nie wiem, po co ktokolwiek miałby to robić – wszak oryginał jest zawsze lepszy niż najwierniejsza nawet kopia.

 

(6 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!