Queens of the Stone Age – Villains

Gatunek: rock alternatywny
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Feet Don’t Fail Me; 2. The Way You Used to Do; 3. Domesticated Animals; 4. Fortress; 5. Head Like a Haunted House; 6. Un-Reborn Again; 7. Hideaway; 8. The Evil Has Landed; 9. Villains of Circumstance

 

Nie nazwę się fanem Queens of the Stone Age – co to, to nie. Lubię Josha Homme za jego charakterystyczny głos i dziwaczne poczucie humoru. Przyznaję również, że nie mogę się oderwać od teledysku do No One Knows. Odczuwam także sympatię do niegdysiejszego członka, Nicka Olivieri, dla którego problemem nie jest występ na nago i demolka sceny. Ale to jeszcze nie czyni ze mnie fana, prawda? Dlatego do Villains podchodzę do oczekiwań. I może właśnie dzięki temu unikam rozczarowania, a nawet z jej słuchania czerpię nielichą przyjemność.

Swego czasu Queens of the Stone Age lubiło kombinować. Każda ich kolejna płyta była jak diabeł w pudełku, który wyskakiwał nie tylko w najmniej oczekiwanym momencie, ale również okazywał się nie diabłem, lecz laleczką lub maską konia. Z Villains rzecz ma się trochę inaczej – siódmy studyjny krążek Amerykanów wydaje się nieco bardziej zachowawczy. Zabrakło na przykład zaproszonych gości, nie sposób również nie odnieść wrażenia, że sama muzyka stała się bardziej jednowymiarowa. Nie oznacza to jednak, że Homme i koledzy popadają w schematy. Od samego początku wydawnictwo zmierza bowiem w różne strony – i to ścieżkami na ogół jeszcze przez nikogo niewydeptanymi. Słychać to już w Feet Don’t Fail Me, które najpierw brzmi niczym Joy Division z okresu napakowanej gotycką elektroniką Closer, a potem przechodzi w funk, którego nie powstydziłoby się Franz Ferdinand. Równie specyficznie brzmi również Head Like a Haunted House, które z pewnością mógłby zagrać i zaśpiewać Elvis Costello, gdyby pewnego dnia wciągnął o dwie kreski za dużo.

Jednakże główny trop stylistyczny Villains wiedzie przez różne terytoria muzyki z lat 60. Odzywa się tu zarówno brzmienie stricte bluesowej gitary (The Evil Has Landed to szkoła Mountain skrzyżowanego z Led Zeppelin plus końcówka w stylu Highway Star), jak i korzenny rock and roll (The Way You Used to Do). Rzecz jasna te mało autorskie patenty Homme ozdabia charakterystyczną dla siebie manierą, która wszystkie te utwory wystrzeliwuje na zupełnie nowy poziom, nieosiągalny dla prawie wszystkich grających obecnie zespołów. O wirtuozerii Queens of the Stone Age świadczy chociażby ten prosty fakt, że Villains to dziewięć kawałków i prawie pięćdziesiąt minut. Trzeba być albo genialnym, albo szalonym, by w czasach błyskawicznego spożywania, trawienia i wydalania kolejnych singli wydać płytę, której głównym celem jest zaangażować i przykuć na znacznie dłużej. Biorąc pod uwagę, że Amerykanom ta sztuka się udaje, należy im się tym większy pokłon.

I tylko odrobinę bierze żal, że nie ma tu więcej nietypowych skoków w bok. Choć killerów w rodzaju Go With the Flow nie możemy się już chyba spodziewać nigdy, to dobry posmak tego rodzaju oryginalniejszych kawałków daje chociażby Fortress – specyficzna ballada, której urok polega przede wszystkim na fenomenalnej, zimnej linii wokalu. Tam też najlepiej słychać, jak dopracowana jest produkcja całego krążka. Utwór ten można nazwać syntezą wszystkiego, co w kapeli najlepsze, a przez to zasługuje on na tytuł najlepszego na wydawnictwie. Wyróżnia się również, choć już nieco mniej, Villains of Circumstance, które miejscami brzmi tak, jak gdyby Serj Tankian próbował śpiewać alternatywny rock z połowy lat 90. Całość zaburza wprawdzie osobliwa struktura, ale przecież gdyby nie było choć odrobinę dziwnie, to nie byłoby to Queens of the Stone Age.

Buddyjscy mnisi dają jeden przepis na szczęście: zwiększyć wysiłki albo zmniejszyć oczekiwania. Jak mówiłem na początku, od Villains nie oczekiwałem nic, a przez to się nie rozczarowałem. A czy krążkiem można się zachwycić? Homme z pewnością dowodzi, że wciąż ma łeb nabity autorskimi pomysłami, które dowodzony przez niego zespół potrafi świetnie odegrać. I choć jego idee trudno nazwać przełomowymi czy emocjonalnie angażującymi, to facet jest dobry w tym, co robi. Konsekwencją jest płyta, którą również najlepiej określić jako – dobra.

 

7 Stars (7 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!