Robert Cichy – Smack

Gatunek: pop
Data wydania: 2018
Spis utworów: 1. My Name Is Bob; 2. Old Times Girl; 3. Breaking Bad; 4. Loverboy; 5. Hold On; 6. Henhouse; 7. Remitting; 8. Smack; 9. The Road; 10. Three Sheets to the Wind; 11. Close the Door; 12. Mama; 13. Outro

 

Jeżeli zastanawiasz się, kim jest Robert Cichy, to muszę Cię zaskoczyć – prawdopodobnie niejednokrotnie go słyszałeś. Muzyk znany jest bowiem zarówno jako członek zespołu m.in. Ani Dąbrowskiej, gdzie gra na gitarze, jak również jako producent muzyki do spotów reklamowych. Mało? No to dorzućmy do tego współpracę z teatrami (m.in. Teatrem Dramatycznym w Warszawie) a uzyskamy obraz doświadczonego artysty, który muzyce poświęcił większą część swojego życia. A teraz kolejna zagadka: czy zgadniecie, jaki gatunek eksploruje on na swym debiutanckim solowym krążku, zatytułowanym Smack?

Po powyższym opisie spodziewałbym się w pierwszej kolejności poezji śpiewanej, ewentualnie jakiegoś tradycyjnego rocka. Jeżeli jesteście tego samego zdania, to zanim przeczytacie dalszą część tej recenzji, zapuśćcie sobie My Name Is Bob. Opad szczęki, prawda? Należę akurat do tych, których wydany w roku 2014 singiel Close the Door ominął, przez co moje zaskoczenie było totalne. Otóż album otwiera najprawdziwszy kawałek rapu rodem ze słonecznej Kalifornii, złamany wprawdzie zaśpiewanym już tradycyjnie refrenem, ale mimo wszystko powracający w kolejnych kompozycjach i stanowiący leitmotiv całego wydawnictwa. Fakt,  Cichy nie ma „czarnego” głosu, ale brzmi wyjątkowo amerykańsko, przez co bez trudu potrafi imitować zachodnich wykonawców. Powiedziałem – imitować? No i tu jest cały problem, bo wokalista niczego nie udaje. Owszem, brzmi on całkowicie niepolsko, ale nie dlatego, że sili się na światowość. Dzięki temu nie popada on w ślepe naśladownictwo i zdecydowanie świetnie na tym wychodzi. Dowodem na to jest na przykład Loverboy a zwłaszcza Mama, gdzie Cichy bez kompleksów wykorzystuje umiejętność gry na banjo, dzięki czemu proponuje piosenki, które jako żywo nadają się do przemierzania teksaskiej prerii. I o ile pierwszy z tych kawałków, ozdobiony skrzypcami, brzmi dość standardowo, to drugi z nich stanowi rewelacyjny przykład nawiązania do tradycyjnej americany – jest smutny, nieco posępny i ascetyczny.

Co jeszcze znajdziemy na krążku? Wiadomo, że pop. A jednak jest to coś całkowicie innego niż można by się spodziewać, słysząc samą tylko nazwę. Weźmy The Road – wpadająca w ucho melodia, fajnie zagrana gitara, zero tandety czy radiowości. Utwór brzmi raczej jak kawałek brytyjskiego rocka alternatywnego z połowy lat 90. Albo wzmiankowane już Close the Door – znowu kawałek radio-friendly, a zarazem całkowicie bezkompromisowy, który zdecydowanie nie wlatuje jednym uchem, by wylecieć drugim. Ach, nie zapominajmy również o Smack: twardość tego utworu kojarzy się miejscami z Rage Against the Machine; choć refren nie potwierdza tych inspiracji, to w zwrotkach Cichy brzmi jak Zack de la Rocha.

Na pochwały zasługuje również przemyślana produkcja, która – mimo że oszczędna – w żadnym razie nie jest biedna. Już przy pierwszym przesłuchaniu wynotowałem sobie rzeczy warte wspomnienia. Jest to na przykład bardzo fajnie przesterowany werbel w Old Times Girl, loopowane banjo w Breaking Bad, bujane Henhouse, ozdobione fajnymi skratchami czy brzmienie gitary solowej w Three Sheets to the Wind, które jako żywo kojarzy się z heavy metalem drugiej połowy lat 70. Z pewnością nie wychwyciłem wszystkiego, nawet mimo kolejnych przesłuchań, ale na tym właśnie polega siła tego krążka: można go słuchać dziesięć razy i odkryć coś nowego.

Czy jest to zatem płyta pozbawiona wad? Nie do końca, choć akurat w tym wypadku słowo „wada” należy ująć w duży cudzysłów. Otóż Smack okazuje się albumem wyjątkowo eklektycznym, który nie jest adresowany do fanów konkretnego gatunku muzycznego. Przeskok pomiędzy mocno treściwym otwarciem, a balladami czy bardziej nastrojowymi kompozycjami, które pojawiają się potem, wprawia w lekki dysonans. Cichy potrafi wykreować sugestywną atmosferę – i chwała mu za to, bo robi to niekiedy mistrzowsko – szkoda jednak, że nie próbuje jej podtrzymać. Rozumiem zamysł tego wydawnictwa: może być ono zapisem osobistej podróży przez muzykę lub wyrazem rozmaitych inspiracji, ale nie każdy słuchacz uzna tego rodzaju szlak za wart przemierzenia w całości wraz z jego autorem.

Nie narzekajmy jednak: jeżeli uznamy, że krążek podpada pod kategorię pop, a tak – z pewnymi oporami – uznaję, to jest to najinteligentniejsza płyta z tego gatunku, jaką słyszałem od początku zeszłego roku, a może nawet i wcześniej (tu jednak nie ręczę już za swoją pamięć). Smack to propozycja przemyślana w każdym calu, dojrzała aranżacyjnie i produkcyjnie, a nade wszystko stworzona z pasji do muzyki. Odpowiednio wrażliwy słuchacz ulegnie wypadkowej tych elementów bez słowa sprzeciwu, a mniej wrażliwy będzie się po prostu dobrze bawił. Grunt, że każdy cokolwiek poczuje; to już, jak sądzę, nie lada osiągnięcie.

 

(8 / 10)

  • 34
  •  
  •  
  • 1

Wypowiedz się!