Rose Elinor Dougall – Stellular

Gatunek: synthpop
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Colour of Water; 2. Strange Warnings; 3. Stellular; 4. Closer; 5. Take Yourself With You; 6. All at Once; 7. Answer Me; 8. Dive; 9. Poison Ivy; 10. Hell And Back; 11. Space To Be; 12. Wanderer

 

Spoglądam na zdjęcie Rose Elinor Dougall, sprawdzam jej datę urodzenia… I nic mi się tu nie zgadza. Wychodzi bowiem na to, że w połowie lat 80. brytyjskiej wokalistki nie było na świecie. Tymczasem jej najnowsza solowa płyta, zatytułowana Stellular, to hołd złożony synthpopowi rodem sprzed trzydziestu lat. I choć nie jest to ani pierwszy, ani zapewne ostatni muzyczny powrót do przeszłości, jaki usłyszałem w tym roku, to okazuje się on nadspodziewanie udany.

Dougall zaistniała przede wszystkim jako członkini The Pipettes: kobiecego tria, które odniosło umiarkowany sukces na Wyspach Brytyjskich. W roku 2008 drogi pań się rozeszły, zaś nasza dzisiejsza bohaterka postawiła na samodzielne występy. Choć jej dorobek na tym polu trudno uznać za przesadnie bogaty – jak dotąd wydała bowiem dwie płyty – to wciąż egzystuje ona w muzycznym świecie, m.in. u boku Marka Ronsona. Mimo tych zmian, Dougall pozostaje wierna jednemu gatunkowi, czyli bardzo przyjemnemu indie popowi. Stellular stanowi nie tylko przykład tego rodzaju muzyki, ale również nadaje jej szlif, który jednoznacznie przywodzi na myśl przeszłość. Praktycznie od samego otwarcia – a jest nim urocze Colour of Water – da się usłyszeć odległe wpływy Buggles oraz Kim Wilde, Nisko nastrojony werbel? Jest. Dużo przestrzennej elektroniki? Obecne. Eteryczne gitary? Jak najbardziej są. Te trzy składniki wystarczą, aby stworzyć płytę, która miejscami będzie ocierać się o pop (Poison Ivy), innym razem skręci w stronę indie rocka (Space to Be), a okazjonalnie dotknie nawet klimatów rodem z krążków Joy Division (Closer). Spójność tym eklektycznym na pierwszy rzut oka elementom nadaje zaś sugestywny klimat, przywodzący na myśl spowite w stroboskopowych światłach parkiety zadymionych klubów sprzed trzech dekad.

Choć jednak Stellular dosłownie zaprasza do tańca, to nie sposób uznać, iż płyta ma wyłącznie wymiar rozrywkowy. Tym bowiem, co zaświadcza o jej ponadprzeciętnej wartości są ułożone i zaśpiewane przez Dougall linie melodyjne, których słucha się z ogromną przyjemnością. Duża w tym zasługa jej głosu: niskiego, nieco hipnotyzującego, obłożonego pogłosami, snującego się między lewym i prawym kanałem. Nie mniej ważna jest swoista posępność tej płyty; miejscami można odnieść wrażenie, że gdyby debiut Veronica Falls został nagrany z wykorzystaniem dwóch czy trzech syntezatorów, to całość brzmiałaby właśnie tak. Nie brakuje tu niegłupich, a zarazem nietypowych melodii, które nie tylko budują sugestywny klimat całości, ale i intrygują, zachęcając do dalszych przesłuchań.

W tym miejscu należy poczynić jednak istotne zastrzeżenie: choć Stellular to płyta ładna i po prostu dobra, to nie jest ona w stanie zmienić niczyjego życia. Głębi na krążku zbyt dużej nie ma, zaś same generowane przez niego emocje trudno uznać za przesadnie żywe. To płyta, która z pewnością powinna rozbrzmieć w słuchawkach fanów popowych, nieco ambitniejszych brzmień – ale raczej tylko podczas jazdy autobusem na uczelnię czy do pracy. Przy obcowaniu w cztery oczy i na osobności wydawnictwo mimo wszystko traci, bo nie oferuje nic więcej niż – jakkolwiek zwyczajnie to nie zabrzmi – muzykę.

Do kogo zatem skierowana jest Stellular? Trudno mi to jednoznacznie rozstrzygnąć. Najprościej polecić ją tym, którzy chcą odpocząć – Dougall nie proponuje ani takiej płyty, którą się zbyt bardzo przeżywa, ani takiej, który wymaga intelektualnego wysiłku. Krążek sobie płynie – a słuchacz razem z nim. Jednym wystarczy, dla innych będzie to za mało. Ja dałem się przekonać mniej więcej w połowie.

 

(7 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!