Rozwell Kid – Precious Art

Gatunek: rock alternatywny
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Wendy’s Trash Can; 2. Total Mess; 3. Boomerang; 4. Futon; 5. MadTV; 6. South By; 7. UHF On DVD; 8. Booger; 9. Wish Man; 10. Blow It; 11. Gameball; 12. Michael Keaton

 

Rock nie umarł. Wprost przeciwnie: rock żyje i ma się dobrze jak nigdy wcześniej. Choć twórczość znacznej części artystów mieszczących się w tym jakże pojemnym nurcie pozostawia wiele do życzenia, to w zalewie kapel, grup i zespołów są te, które przyciągają uwagę od pierwszej piosenki. Taki jest właśnie casus Rozwell Kid, który przed paroma dniami wydał swoją kolejną płytę długogrającą. I choć zapewne nikt o nim nie wie, to właśnie temu zespołowi będzie poświęcona moja dzisiejsza opowieść.

Słowo wyjaśnienia. Wbrew nazwie zespół nie powstał gdzieś na pustyni w Nowym Meksyku, lecz w Zachodniej Wirginii. Siedem lat działalności przełożyło się na wiele nagrań, w tym na cztery albumy. Omawiany dziś krążek, Precious Art, powinien zatem znamionować dojrzały styl i pokazywać zamysł Amerykanów na autorskie granie. I z tym jest pewien problem, bo od pierwszej piosenki nie można pozbyć się wrażenia, że oto w naszym odtwarzaczu kręci się jakaś zaginiona płyta Weezera z okolic debiutu. Choć Wendy’s Trash Can przywodzi na myśl refrenami pop punk spod znaku Green Daya, to zwrotki jak najbardziej pasują do twórczości Riversa Cuomo i kolegów. Te inspiracje i reminiscencje osiągają szczytowy punkt w zamykającym album kawałku Michael Keaton, który brzmi dosłownie tak samo jak Only in Dreams. I choć ten weezerowy duch unosi się nad całością płyty, to całe szczęście Precious Art nie jest tak łatwa do jednoznacznego rozszyfrowania. Gdzieś pomiędzy znajdzie się tu miejsce na typowy rock (Futon), a także na kawałki nieco spokojniejsze, choć niepretendujące do roli ballad (Gameball).

Nawet jednak jeżeli uznać, że Rozwell Kid bezwstydnie uprawia muzyczny recykling, to nie przesłania to faktu, iż czyni to z dużą wprawą i niezmierzonym urokiem. Poszczególne kompozycje można opisywać wieloma przymiotnikami, ale najbardziej do nich pasujący brzmi – fajne. Fajne jest tu brzmienie gitar, rytmy perkusji i linie wokalu. Całość brzmi spójnie, przekonująco i tak energicznie, że nie sposób się z tym krążkiem nudzić. No, może odrobina znużenia pojawia się około trzeciej czy czwartej piosenki, bo utwory zebrane na początku trudno jest od siebie odróżnić i trzeba się z nimi porządnie osłuchać, by wydobyć z nich unikalność.

Skąd zatem nota poniżej, która nie oddaje tych zachwytów? Muszę uczciwie przyznać, że mimo solidności Precious Art nie jest w stanie podbić mojego serca. Nie wiem, co ostatecznie waży na takim rezultacie, ale dość powiedzieć, że do poziomu Decade Amerykanom nieco brakuje. Mimo pozornej czułości, lekkiej rezygnacji i nutki sentymentu całość nie potrafi dotknąć do żywego – nie ściska gardła, nie przywołuje obrazu żadnego odległego wspomnienia. Zespół bez wątpienia opanował sztukę grania dobrego rocka, ale niestety prześlizgnął się pod poprzeczką oddzielającą twórczość bardzo dobrą od tej, która zapada w pamięć i nie pozwala o sobie zapomnieć.

Nie oznacza to jednak bynajmniej, iż Precious Art to płyta słaba, która szybko ulatnia się z głowy – tak bowiem nie jest. W zalewie zespołów, które chcą grać nieco naiwną, gitarową muzykę Rozwell Kid punktuje bezpretensjonalnością, niespożytą energią i niekwestionowanym urokiem. A to, że w tym wszystkim brakło trochę serduszka? No cóż, tyle wystarczy, aby nazwać krążek „precious”, choć zarazem brakuje, by powiedzieć, iż to „art”.

 

(7 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!