Sharon Van Etten – Are We There

Gatunek: folk rock
Data wydania: 2014
Spis utworów: 1. Afraid of Nothing; 2. Taking Chances; 3. Your Love Is Killing Me; 4. Our Love; 5. Tarifa; 6. I Love You But I’m Lost; 7. You Know Me Well; 8. Break Me; 9. Nothing Will Change; 10. I Know; 11. Every Time the Sun Comes Up

 

Nie ukrywam, że do zrecenzowania najnowszego albumu Sharon Van Etten zachęciły mnie pozytywne głosy, które zewsząd napłynęły po wydaniu przez amerykańską wokalistkę czwartej płyty, zatytułowanej Are We There. Zachwytom nie było końca, a ja nie byłbym sobą, gdybym odważnie nie powiedział: sprawdzam! Tym bardziej, że country i folk to muzyka, która w dziwny sposób mi towarzyszy, co zapewne są w stanie zauważyć czytelnicy Muzycznego Horyzontu. To zresztą sprawa dość dziwna, bo nie jestem fanem smętnych piosenek dla podstarzałych kowbojów. A tu proszę: Neil Young i Sam Amidon – zrecenzowani, a w kolejce czeka Johnny Cash i Emmylou Harris. Poczułem się zatem – Anglicy mają na to piękne określenie: Johnny-on-the-spot – właściwym człowiekiem na właściwym miejscu i z charakterystyczną dla siebie troską, by niczego nie uronić, wtopiłem się w dźwięki Are We There.

Tych nie ma zresztą zbyt wiele, gdyż instrumentarium jest dość zawężone, ograniczając się niekiedy jedynie do perkusji i basu, a w bardziej lirycznych piosenkach – do samego pianina. Nie instrumentarium jest tu jednak ważne, lecz głos Van Etten. A ten jest niski, ciągnący się, nieco knajpiany, choć potrafi też czysto powędrować w znacznie wyższe rejestry. To właśnie dzięki barwie wokalistki, muzyka ta jest w przedziwny sposób mroczna, pasując idealnie do opustoszałej nocą ulicy, na której mokrej powierzchni odbijają się pomarańczowe kręgi latarni i czerwono-niebieskie rozbłyski zepsutych neonów. Jeżeli zatem jest to contry – a twierdzenie to samo w sobie jest już naciągane – to na pewno nie pasuje ono do teksaskiej speluny, do której zjeżdżają miejscowi farmerzy, a tym bardziej do jezior Kanady, wśród których tak dobrze odnajduje się Neil Young.

Mimo tego ogólnie sugestywnego klimatu, poszczególne piosenki z trudem potrafią go wykreować. Mroczny duch snuje się jeszcze gdzieś w okolicach Afraid of Nothing, ale im dalej, tym gorzej. Płyta traci cały swój rozpęd już przy trzecim utworze. Your Love Is Killing Me to ponad sześciominutowy, nudny kawałek, w którym Van Etten bezskutecznie próbuje kopiować rozwiązanie zastosowane przez Ravela przy komponowaniu swego Bolera. W efekcie, począwszy od tego utworu, słuchacz walczy ze snem. Niestety, przychodzi mu to z coraz większym trudem, ponieważ większość piosenek jest do siebie bliźniaczo podobna. Oczywiście, niektóre z nich są szybsze i bardziej rozbudowane, inne zaś to jedynie pojedyncze dźwięki gitary, ale w obu przypadkach są one jedynie tłem dla głosu Van Etten, a ten jest wyjątkowo jednostajny. Ze świecą szukać tu również dobrych, zapamiętywalnych, a przede wszystkim przejmujących melodii. Wyjątkiem jest I Know, z którego udało się wykrzesać pewną głębię, a tym samym – napisać najlepszą, obok bliźniaczo podobnej I Love You But I’m Lost, piosenkę na płycie.

Sporo miejsca zachodni recenzenci poświęcają tekstom, odmieniając zazwyczaj przed wszystkie przypadki słowo brilliant. (Tak, wiem, w języku angielskim przypadków nie ma). Ja zaś nielicho się głowię, co też rzeczeni recenzenci mogą mieć na myśli. Van Etten wyśpiewuje jakieś frazy o obsesyjnej, niespełnionej miłości, ale żeby od razu tak ją komplementować? Teksty głupie nie są, lecz do prawdziwej poezji – a jej wzorem jeżeli chodzi o uczucia jest w Ameryce Emily Dickinson – Sharon Van Etten bardzo daleko. Być może niektórych ludzi rzucają na kolana banały w rodzaju „Hold on, hold on/I want you/Hold on, hold on/All I ever wanted was you” (I Know), ja jestem najwyraźniej zbyt nieczuły na takie wyznania.

Niestety, uczciwie muszę przyznać, że omawiana dziś płyta potrafi mocno rozczarować. Z jednej strony, nie jest ona zła, dostarcza poważnej muzyki z jakimś przesłaniem. Z drugiej, jest po prostu nudna, wlekąc się miejscami niczym najgorszy sen słuchacza. Ponadto, nie mogę pozbyć się wrażenia, że konkurencja, wspomniana na początku recenzji, robi to samo, tylko nieco lepiej. Jeżeli zaś ktoś koniecznie chce posłuchać lirycznych piosenek o miłości, niech sięgnie po ścieżkę dźwiękową do filmu Once. Niestety, najwyraźniej większość recenzentów wysoko oceniających Are We There o rekomendowanej przeze mnie płycie nawet nie słyszała. A to wiele tłumaczy.

 

(6 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!