Single Mothers – Our Pleasure

Gatunek: punk rock
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Undercover; 2. High Speed; 3. Long Distance; 4. A-OK; 5. People Are Pets; 6. Bile; 7. Leash; 8. Well Wisher; 9. Rollercoaster; 10. Bolt Cutters

 

Czy zastanawialiście się czasem, co oznacza bycie fanem jakiegoś zespołu? Jak dla mnie to kibicowanie muzykom, śledzenie nie tylko ich twórczości, ale również życiowych poczynań, czy w pewnej mierze „zakumplowanie” się z nimi. Niestety, w przypadku Single Mothers taka definicja się nie sprawdza – w przeciwnym razie kapela nie miałaby ani jednego fana. No bo jak tu zżyć się z grupą co najmniej kilkunastu muzyków, którzy w ciągu zaledwie paru lat przewinęli się przez skład? A czy można zapałać sympatią przynajmniej do osoby i twórczości Andrew Thomsona, który w tych okolicznościach jest ostoją i niekwestionowanym liderem? To również wątpliwe.

Aby bowiem tak było, spełnione musiałyby być dwa warunku: Thomson musiałby dać się lubić, a grana przez niego muzyka musiałaby okazać się w jakiś sposób ujmująca. O tym, że żaden z tych warunków nie jest spełniony zaświadcza – kolejno – biografia muzyka, a także druga płyta w dorobku kapeli, czyli Our Pleasure. O życiorysie kanadyjskiego wokalisty nie będę się rozpisywał: dość powiedzieć, że na pewien czas odstawił on gitarę, został górnikiem i wdał się w złe towarzystwo. Natomiast o muzyce z drugiego krążka można powiedzieć sporo, choć nie wszystkie stwierdzenia będą pochlebne.

Zacznijmy od ogólnego zarysu muzyki, którą gra Single Mothers. Recenzenci na ogół piszą o punk rocku, ale na miejscu są pewne zastrzeżenia. Jeżeli pod pojęciem tym rozumiecie szybki rytm na dwa albo – nie daj Boże – coś w rodzaju uprawianej przez krajan z Sum 41 odmiany bardziej popowej, idziecie zupełnie błędnym tropem. Our Pleasure wydeptuje bowiem ścieżki nieco już zatarte czasem, takie, które niemal cztery dekady temu przemierzali Adolescents (Undercover), a nawet ich brytyjscy poprzednicy. Krążek sięga zatem korzeniami do grania brudnego, garażowego, ale utrzymanego w umiarkowanych tempach. Sporo tu jazgotliwego przesteru na gitarę o proweniencji sięgającej przełomu lat 60. i 70. (Bile) i ogólnej niedbałości, którą świetnie skontrastowano z bardzo ładną produkcją. Thomson wyrzuca frazy nieczysto, trochę nierówno, niektóre z nich wręcz wypluwa, ale właśnie dzięki temu krążek nabiera niezłego rozpędu. Punktem szczytowym tego typu zabiegów jest czysto metalowe Well-Wisher, które wyraźnie czerpie już z hardcore punka, którego nie powstydziłoby się Black Flag.

Rzecz jasna, aby nie było nudno, Our Pleasure proponuje niekiedy wycieczki w nieco inne klimaty. People Are Pets cechuje na przykład spowolnienie tempa i nadanie całości bardziej balladowego charakteru. Dzięki tej zmianie Single Mothers zaczynają nagle zbliżać się brzmieniowo do Weezera – tak zapewne grałby Rivers Cuomo, gdyby nie był kujonowatym introwertykiem. (Podobne skojarzenia niesie Bolt Cutters). Natomiast Leash to trochę rockowa klasyka, czyli przyjemny riff, dobra sekcja i wokal, który… No właśnie, jeżeli myśleliście, że Thomson w jakikolwiek sposób zmienia interpretację tych spokojniejszych fragmentów, to jesteście w błędzie. I to największa szkoda, bo Our Pleasure okazuje się jednowymiarowa, zinterpretowana po linii najmniejszego oporu i mimo wszystko płaska.

Uwaga ta tyczy się całego krążka. Problemem jest nie tylko wewnętrzna wtórność omawianego materiału, ale też fakt, że nie wyróżnia się on niczym specjalnym na tle konkurencji. Tego rodzaju brzmieniowych powrotów do przeszłości – do garażu, brudu i pierwotnej energii – słyszałem w ostatnim czasie wiele. Niestety, Thomson i koledzy nie dają mi żadnego powodu, dla którego powinienem sięgnąć raczej po ich dziełko, nie zaś po jakikolwiek inny krążek tego typu. Odegranie z wprawą swojego to duża zaleta, ale nie, kiedy konkurencja jest silna, a liczba słuchaczy – siłą rzeczy ograniczona. Niestety, Single Mothers nie ma nawet tak oczywistych atutów jak naprawdę dobre piosenki; te składające się na Our Pleasure z pewnością nie zmienią ani historii muzyki, ani niczyjego życia, a i ich zapamiętanie przychodzi z dużym trudem.

Niestety, drugi krążek w karierze Kanadyjczyków jest produktem jednokrotnego użytku, który potrafi wprawdzie na parę minut przykuć uwagę, ale po kilku przesłuchaniach ogólne wrażenie blaknie, aż wreszcie nie zostaje z niego nic. Po co słuchać takiej płyty jak ta dziś omawiana? Nie wiem. Pewnie znajdzie ona swoich fanów, ale u znacznej większość słuchaczy nie wzbudzi ona żadnej sympatii. Trudno, żeby było inaczej, kiedy po prostu się jest.

 

(6 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!