Subiektywne muzyczne podsumowanie roku 2016

Rok 2016 oznaczał dla Muzycznego Horyzontu prawie sto recenzji z niemal każdego gatunku. Nie ukrywamy, że w naszych eksploracjach towarzyszyło nam nie lada szczęście – przez ostatnie dwanaście miesięcy mieliśmy okazję posłuchać wielu wyjątkowych płyt. Tych dobrych było na tyle dużo, że z bólem serca musieliśmy przyciąć naszą listę i wybrać sześć najlepszych. Nie omieszkaliśmy też wskazać wydawnictw, które na tym tle wypadły nadzwyczaj blado. Zapraszamy do zapoznania się z naszym subiektywnym podsumowaniem kończącego się właśnie roku. Jak zwykle pod uwagę wzięliśmy nie tylko tegoroczne debiuty, ale generalnie wszystkie płyty, które w tym czasie oceniliśmy. Niektóre z nich mają – bagatela! – pół wieku. Na koniec chcemy Wam (oraz sobie) życzyć jak najwięcej dobrej muzyki w nadchodzącym 2017 roku!

 

Najlepsze

6. Bent Shapes – Wolves of Want (recenzja)

Wolves of Want

Kto by pomyślał, że skromny, nieznany szerzej zespół może nagrać tak dobrą płytę? Najnowsze wydawnictwo Bent Shapes to lekkość, radość grania i odrobina ducha starego rock and rolla, ukryta pod pozornie nastoletnimi aranżacjami. I właśnie ta licealność, czyli odrobina naiwności, prostota i niespożyta energia, sprawiają, że Wolves of Want to dziesięć świetnych piosenek, z których każda przejawia w stu procentach styl zespołu. Ten, kto nie wierzy, niech sięgnie po Realization Hits czy 86’d in ’03 – powinien być oczarowany tak samo jak my.

 

5. Czerwone Gitary – Czerwone Gitary 3 (recenzja)

Czerwone Gitary 3

Nietypowy gość w naszym zestawieniu, bo to jedyna z najlepszych płyt, która nie ukazała się w mijającym roku. Bez wątpienia jednak powinna się znaleźć na tej liście, zwłaszcza, że łączy ona dojrzałość z bardzo przebojowym graniem. Warto przypominać młodszym pokoleniom, że mieliśmy kiedyś Krzysztofa Klenczona czy Seweryna Krajewskiego – muzycznych geniuszy na miarę największych tuzów rock and rolla. Aby się o tym przekonać, wystarczy sięgnąć po kilka piosenek z trzeciej płyty Czerwonych Gitar. O ile Kwiaty we włosach zna każdy (choć warto zdać sobie sprawę, jak mroczna jest to piosenka), to tak wspaniałe, sentymentalne czy posępne utwory jak My z XX wieku, Ballada pasterska czy Jedno jest życie do dziś wywołują głębokie przeżycia.

 

4. Street Chaos – Nie pytaj dlaczego (recenzja)

Nie pytaj dlaczego

Rok 2016 musiał być dla chłopaków ze Street Chaos wyjątkowo udany. Koncerty z Madballem i Ignite, a do tego wydanie w barwach Pasażera fenomenalnego krążka, Nie pytaj dlaczego. Pozornie płyta eksploruje rejony klasycznego, nowojorskiego hardcore’u. Wsłuchanie się w nią odkrywa jednak drugie, trzecie i czwarte dno: niesamowite melodie, inteligentne teksty i pełne zaangażowanie w wykonywaną muzykę. Nie pytaj dlaczego to masa pasji i energii, a do tego zestaw świetnych utworów, które składają się na jedną z najlepszych płyt z gatunku hardcore, jaką słyszeliśmy oraz – jak widać – na jedną z najlepszych płyt roku.

 

3. Marszałek Pizdudski One Man Band – Split (recenzja)

Split

Ryzykowna propozycja w całości zestawienia, bo pan Marszałek jest cynikiem na obecne czasy niespotykanym. Jednych całkowicie zniechęci lub rozwścieczy, innych zaś urzeknie swoją bezpośredniością i ostrością społecznych obserwacji. Jeżeli Split znajduje się na liście najlepszych płyt, to najlepiej chyba zaświadcza, że należymy do drugiej kategorii. O warstwie aranżacyjnej nie da się powiedzieć wiele – płyta staje w pół drogi między punkiem a bluesem. Całość natomiast dźwigają teksty, do których głowa sama kiwa się w potakiwaniu skrajnie ironicznym obserwacjom. Mimo przekleństw oraz braku poszanowania dla świętości, polityków, klasy średniej, użytkowników Facebooka, kierowców i rynku muzycznego.

 

2. Łona i Webber – Nawiasem mówiąc (recenzja)

Nawiasem mówiąc

Kolejna z płyt, które trafiają na tę listę głównie dzięki swojej inteligencji. W przypadku Łony i Webbera nie może to zresztą dziwić, bo uprawiany przez nich inteligencki rap kierowany jest do tych, którzy lubią poświęcić parę chwil warstwie tekstowej. Ta zaś to bardzo stylowo napisana opowieść o zagubionym we współczesnym świecie podmiocie lirycznym – trochę inteligencie, trochę egzystencjaliście, który, niczym Diogenes z Synopy, spaceruje po centrum wielkiego miasta ze świecą w ręce i szuka człowieka. Na uwagę zasługuje również ubogość warstwy muzycznej, która swoim ascetyzmem fenomenalnie podkreśla nastrój całości. Zręczne połączenie komponentu muzycznego i lirycznego sprawia, że do Nawiasem mówiąc powraca się z ogromną przyjemnością, za każdym razem uśmiechając się przy przewrotnych frazach, stanowiących (niekiedy krzywe) zwierciadło otaczającej nas rzeczywistości.

 

1. Bleached – Welcome the Worms (recenzja)

Welcome the Worms

Zasłużona statuetka najlepszej płyty roku wędruje tym razem w obce ręce, do trzech pań z Bleached. Welcome the Worms to płyta pod każdym względem rewelacyjna. Choć u jej spodu kryje się gdzieś duch klasycznego punk rocka oraz grunge’u rodem z zakurzonych piwnic Seattle lat 80., to całość jest przede wszystkim kopalnią genialnych melodii i prostych riffów, od których po prostu nie da się oderwać. Przetworzony wokal oraz charakterystyczne brzmienie gitar kreują świetny klimat, do którego raz za razem chce się wracać. Czasami przebija się w tym wszystkim atmosfera soundtracku do horroru z okresu Koszmaru z Ulicy Wiązów, innym razem przenosimy się do czasów The B52’s. W każdym z tych wydań Welcome the Worms przykuwa uwagę i oczarowuje. Kto nie wierzy, niech sprawdzi sam.

 

Najgorsze

6. Roxette – Good Karma (recenzja)

Good Karma

Trudno powiedzieć, by wydana w tym roku płyta Roxette była słaba. Jednak od twórców takich hitów jak chociażby Sleeping in My Car powinniśmy oczekiwać materiału najwyższej próby. Tymczasem Good Karma to zbiór mdłych piosenek, które być może nadają się na Eurowizję, ale nie do regularnego słuchania. Choć fani mogą się z tym nie zgodzić, najnowsze wydawnictwo Szwedów jest po prostu boleśnie żadne – i to na tyle, że pisząc te słowa do głowy nie przychodzi żadna znajdująca się na nim piosenka. Niestety, płyta zawiodła nasze oczekiwania, dlatego też znalazła dla siebie miejsce w zestawieniu najgorszych krążków mijającego roku

 

5. Sum 41 – Live at the House of Blues: Cleveland 9.15.07 (recenzja)

Live at the House of Blues

Ostatnie miesiące były z pewnością ciężkie dla Derycka Whibleya. Choroba alkoholowa, długa rekonwalescencja, ale i powrót do świata żywych całkiem przecież niezłym premierowym materiałem. Kto chciałby jednak zobaczyć pierwsze, aż nazbyt wyraźne symptomy upadku, powinien sięgnąć po drugą koncertówkę w dorobku kapeli. Nagrany w roku 2007 (i wydany w 2011, co już powinno stanowić ostrzeżenie) krążek jest przykładem tego, jak nie należy grać. Wokalista robi wszystko – gada, opowiada nieśmieszne żarty, gra nierówno, przedłuża piosenki w nieskończoność i fałszuje, ale na pewno nie daje dobrego koncertu. Do tego dochodzi tragiczna produkcja. Pozostaje mieć nadzieję, że ta płyta to definitywne zamknięcie fatalnego rozdziału w twórczości Kanadyjczyków.

 

4. Justin Bieber – Purpose (recenzja)

Purpose

W ostatnim czasie gwiazdy niegdysiejszego teen popu dorosły i dojrzały. Niejednokrotnie efektem tego procesu są płyty naprawdę dobre – tak było w przypadku Demi Lovato i One Direction. Niestety, inaczej stało się z Justinem Bieberem. Pozornie idzie on dokładnie w tę samą stronę – ogranicza dyskotekowe brzmienie, znane z poprzednich wydawnictw, na rzecz aranżacji oszczędniejszych i bardziej ascetycznych. Jednak w przypadku Kanadyjczyka taki pomysł nie działa. Bieber nudzi, smędzi albo pieje, nie potrafi natomiast udźwignąć swoim głosem praktycznie żadnej kompozycji. W rezultacie Purpose to płyta dramatycznie mało popowa, która osobliwie rzadko pobrzmiewa w rozgłośniach radiowych. Czy można się temu dziwić, skoro jest to po prostu słaby krążek?

 

3. Dawid Kwiatkowski – Element trzeci (recenzja)

Element trzeci

Choć można odnieść wrażenie, że wypowiedzieliśmy wojnę młodym polskim wokalistom, nie możemy udawać, że takie płyty jak Element trzeci Dawida Kwiatkowskiego są dobre czy choćby przeciętne. Wprost przeciwnie – popełniają one wszystkie kardynalne błędy popowych krążków, uderzając w najwyższe tony rodzimej siermięgi. Zachowawczy sposób śpiewania Dawida, pretensjonalne aranżacje, słabe teksty, brak zapamiętywalnych melodii… Długo można by wymieniać mankamenty tego albumu. Największym zaś jest ten, że polskim producentom i wydawcom brakuje odwagi, by nakłonić swoje gwiazdy do czegoś więcej niż odgrywania przeterminowanych patentów z zagranicy. Niestety, Element trzeci to ofiara podejścia, że lepiej jest zrobić coś źle, ale na tym zarobić niż porwać się na coś odważniejszego i nie zarobić nic.

 

2. Sylwia Lipka – Szklany sen (recenzja)

Szklany sen

Każdy z nas miał kiedyś –naście lat. Warto sobie przypomnieć, jakiej muzyki wtedy słuchaliśmy. Dla niektórych przeboje młodości to Dezerter, dla innych Nirvana, a dla jeszcze innych – Tokio Hotel. Niestety, producenci, którzy kierowali nagraniami Lipki, uznali najwyraźniej, że nie ma takiej granicy, poza którą nawet młody nastolatek uzna, że ma do czynienia z tandetą najwyższego sortu. Czy młodość to naprawdę tylko bezmyślne paplanie o chłopakach i ciuchach? No pewnie, że nie. Ale taki właśnie obraz wieku okołogimnazjalnego wyłania się ze Szklanego snu. Do tego dochodzą po prostu bardzo słabe piosenki, które ponownie próbują nieudolnie naśladować manierę amerykańskich gwiazdek Disneya. Problem w tym, że gwiazdki te robią już muzykę całkiem na serio, tymczasem Lipka nie ma większych ambicji, niż nagrać coś, co da się sprzedać i szybko zapomnieć.

 

1. Maria Peszek – Karabin (recenzja)

Karabin

Czy to płyta w tym roku najgorsza? Pod kątem muzycznym trudno tak o niej powiedzieć, mimo ogólnej biedy w warstwie aranżacyjnej. Skąd zatem tak surowa ocena najnowszego wydawnictwa Marii Peszek? Ano stąd, że artystka znana dotychczas z inteligentnych gierek słownych napisała album, który w rzeczy samej jest polityczną agitką, utrzymaną na tym samym poziomie, co plakaty „Podaj cegłę” czy „Cukier krzepi”. Kreując swoją wizję świata posuwa się nie tyle do hiperboli, ile do obrzydliwego paszkwilu, który częściowo zapewne padł na podatny grunt, ale każdego minimalnie choćby inteligentnego człowieka zniechęci powierzchownością i nadmiernymi symplifikacjami. Rzeczona płyta wpisuje się w narrację podziału na „jaśniaków” i „ciemniaków”, ludzi otwartych i faszystów, którzy „palą tęczę tak jak kiedyś ludzi w stodole”. Muzyka ma łączyć bez względu na przekonania, zaś tej, która tak jaskrawo, jednostronnie i prostacko dzieli mówimy stanowcze nie.

 

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!