Subiektywne muzyczne podsumowanie roku 2017

Podobnie jak w zeszłym roku, rok 2017 to dla Muzycznego Horyzontu bez mała sto recenzji z niemal każdego gatunku. I choć być może przemawia przez nas recenzencka rutyna, to trudno nazwać mijające dwanaście miesięcy inaczej niż jako okres muzycznie letni. Genialnych płyt nie usłyszeliśmy, nie stwierdziliśmy również żadnego muzycznego koszmaru. Dominowały oceny umiarkowane, od trzech do ośmiu punktów na dziesięć. Czy to znużenie rynku muzycznego? Możliwe. Całe szczęście wciąż nie sposób powiedzieć, by był to rok muzycznie zły. Trafiło się kilka perełek, znalazło się również parę czarnych owiec. Lista zarówno jednych, jak i drugich znajduje się poniżej. Na koniec chcemy Wam (oraz sobie) życzyć jak najwięcej dobrej muzyki w nadchodzącym 2018 roku!

 

Najlepsze

6. Strange Clouds – Calm Before the Storm (recenzja)

Calm Before the Storm

Jak to dobrze, że grunge jest wiecznie żywy – myśli sobie słuchacz, który zatapia się w dźwiękach poznańskiej formacji. Nad ich debiutem unosi się bowiem klimat dobrze znany z początku lat 90. i płyt takich zespołów jak chociażby Alice in Chains. Tym jednak, co do Strange Clouds przekonuje, jest to, że na tym wielokrotnie ogranym już fundamencie zbudowali własne, w stu procentach autorskie brzmienie. A zatem obok brudu pojawia się przestrzenna elektronika, zaś twardy gitarowy riff przepleciony jest wpływami raga rocka. Efekt końcowy okazuje się więcej niż zadowalający. Żałować można tylko, że płyta jest krótka – to zaledwie pięć piosenek, których łączny czas trwania wynosi pół godziny. Nie narzekajmy jednak – Calm Before the Storm nakazuje z zainteresowaniem przyglądać się losom wielkopolskiej formacji.

 

5. Dizel – M.I.L.F. (recenzja)

M.I.L.F.

Nic nowego – powie słuchacz, który zna na pamięć twórczość Motorhead. Może i tak, odpowiemy, ale nie zmienia to faktu, że Dizel łoi z taką werwą, a zarazem z takim wyczuciem, że podczas sesji z tą płytą uśmiech na twarzy nie gaśnie ani na chwilę. Muzycy świetnie się bawią, a słuchacz bawi się razem z nimi. Jest tu wszystko: wściekłość, moc, powalające melodie i ostre jak brzytwa riffy. W rezultacie trudno nazwać M.I.L.F. inaczej niż archetypem męskiej muzyki, która pachnie piwem i wysokooktanową benzyną. Jeżeli zatem lubicie jazdę bez trzymanki, to krakowski band zaproponował w tej kategorii krążek, który w naszej ocenie w tym roku nie miał sobie równych.

 

4. Diapositive – Diapositive (recenzja)

Diapositive

Na ogół stwierdzenia, że coś brzmi „po amerykańsku” używamy, aby skrytykować bezrefleksyjne nawiązania do zachodniej muzyki. Kiedy jednak mówimy, że debiut Diapositive brzmi niczym solidny wyciąg ze stoner rocka z nutką bluesa rodem z delty Missisipi, mamy na myśli jednoznaczne komplementy. Małopolski zespół proponuje bowiem muzykę na najwyższym poziomie, a na dodatek gra z takim wyczuciem, że nie ma wątpliwości, iż jego członkowie w wyobraźni przemierzają Route 66. Wrażenie robią zarówno fenomenalne gitary, świetna sekcja rytmiczna, jak i wspaniały kobiecy (!) wokal. Nie wiemy, na ile muzyka o tak niepolskim rodowodzie ma szansę przyjąć się na rodzimym gruncie, ale sądząc po sukcesach zespołu, wydaje się, że coraz większa liczba fanów ulega sugestywnemu klimatowi motocyklowej podróży przez rozedrgane, pustynne powietrze. I dobrze – bo taka wycieczka nie tylko daje masę radochy, ale i chce się ją raz po raz powtarzać.

 

3. Decade – Pleasantires (recenzja)

Pleasantries

Jeżeli chcieć nazwać jednym słowem krążek Brytyjczyków z Decade, na usta ciśnie się słowo: ujmujący. Niby jest to typowy rock alternatywny, niby wszystko to już w tej czy innej formie zagrano, a jednak – pracując na surowcach wtórnych – Pleasantries okazuje się kawałem świetnej muzyki. Jeżeli tęskniliście do naiwnego, lekko licealnego brzmienia, do którego swego czasu sięgał Weezer, to debiut Decade powinien dla Was stanowić obowiązkowy punkt na playliście tegorocznych premier. Ale i ktoś, kto z rockiem alternatywnym nie ma zbyt wiele do czynienia, powinien dać się porwać całej tej uroczej naiwności i ciepłemu nastrojowi. Może i płyta ta nie odmieni losów świata, ale po jej przesłuchaniu na ustach błąka się niegasnący uśmiech – a jego wywołanie to już nie lada osiągnięcie.

 

2. Jacek Stęszewski – Peweksówka (recenzja)

Peweksówka

Wbrew tytułowi, Peweksówka nie jest sentymentalnym krążkiem, który próbuje bronić poglądu, że „kiedyś było lepiej”. Wprost przeciwnie – jest ona niczym album z wyblakłymi, nadgryzionymi zębem czasu pocztówkami, z których jedne okazują się banalnymi obrazkami, inne zaś to unikalne kadry z epoki, które dla wielu wydadzą się nie tylko obce, ale wręcz niezrozumiałe. Największą zaletą Stęszewskiego jest to, że przybliża on schyłkowe lata Polski Ludowej oraz początki transformacji z talentem prawdziwego bajarza: bez pretensjonalności czy taniego sentymentu, za to z ogromną sugestywnością. To właśnie dzięki niemu niemalże czuć zapach benzyny tankowanej na CPN-ie czy smak gumy Turbo – uwaga ta tyczy się nawet tych, którzy urodzili się na przełomie wieków. Jak muzyk to zrobił? Nas nie pytajcie; my tylko stwierdzamy, że Peweksówka to dzieło jednoznacznie udane, po które trzeba sięgnąć samemu – z sentymentu, albo dla pasjonującej lekcji historii.

 

1. Papa Roach – Crooked Teeth (recenzja)

Crooked Teeth

Wydawać by się mogło, że w roku 2017 nu metal jest nieodwołalnie martwy. Papa Roach dowiodło tymczasem, że jest to założenie całkowicie bezpodstawne. Jest tak być może częściowo dlatego, że na Crooked Teeth zaskakująco mało jest rapowania. Zamiast niego kapela proponuje twardy niczym diament, wyszlifowany na wysoki połysk rock, który ma jedną – niby banalną, ale rzadką – cechę: brzmi po prostu obłędnie. Wściekłość, moc, energia, słowa gniewnie wypluwane do mikrofonu: to wszystko udziela się słuchaczowi. Nie mniejsze wrażenie robią powalająco melodyjne kompozycje – są wśród nich nawet ballady – które ani na chwilę nie tracą swojego rockowego rodowodu. Rzadko się ostatnio zdarza, by jakikolwiek muzyczny comeback był tak udany. Papa Roach dowodzi, że tego rodzaju powroty są nie tylko możliwe, ale owocują również płytą, którą bez wahania nazywamy najlepszym krążkiem roku. Kto nie wierzy, niech sięgnie po Crooked Teeth i przekona się sam.

 

Najgorsze

6. Linkin Park – One More Light (recenzja)

One More Light

De mortuis nihil nisi bene – o zmarłych powinno mówić się wyłącznie dobrze. Niby prawda, ale śmierć Chestera Benningtona nie może przesłaniać faktu, że ostatnie wydawnictwo Linkin Park to po prostu słaba płyta. Znalazło się na niej miejsce na wszystko – sample, syntezatory, popowe linie melodii – za wyjątkiem jednego: gitar. I choć w nowej stylistyce kapela radziła sobie jakoś, to fani mieli prawo czuć się rozgoryczeni. Niestety, również w kategoriach muzyki pop One More Light okazała się po prostu przeciętna. Oba te fakty wystarczą, aby ostatnia studyjna płyta Linkin Park znalazła sie w tym zestawieniu.

 

5. Jaymes Young – Feel Something (recenzja)

Feel Something

Jaymes Young poszedł na skróty i zanim zdążył muzycznie dojrzeć, miał już w kieszeni kontrakt z dużą wytwórnią. Jego debiut pokazuje, że brak obycia okazał się boleśnie szkodliwy. Feel Something nie jest wprawdzie zła, ale jest po prostu żadna. Największy problem debiutującego wokalisty polega zatem na tym, że tworzy on muzykę idealną do centrum handlowego czy ramówki losowej rozgłośni radiowej, ale nie taką, którą jest się w stanie poczuć czy chociażby zapamiętać. Sprawę próbują ratować producenci, ale ich zabiegi zdają się na nic w sytuacji, gdy melodie i teksty są tak miałkie, że nie sposób czegokolwiek z nich wyciągnąć. Pozostaje liczyć, że na kolejnym wydawnictwie Young dojrzeje i poradzi sobie lepiej.

 

4. Sleater-Kinney – No Cities to Love (recenzja)

No Cities to Love

Być może krążek ten nie znalazłby się w tym zestawieniu, gdyby nie absurdalnie wysokie oceny, jakie mu wystawiono. Garażowego grania w ostatnim czasie jest naprawdę dużo, zaś rockowych zespołów, które opierają swoją muzykę na kobiecym wokalu – jeszcze więcej. Problem ze Sleater-Kinney jest taki, iż tu wszystko wyszło na opak. Melodie oparte na pianiu, gitary, które obłożono rzężącym przesterem… No i utwory: a właściwie jeden bardzo długi utwór, bo różnorodność nie jest z pewnością zaletą No Cities to Love. Jeżeli zatem ktoś z Was natknie się na pochwały głoszone pod adresem najnowszego krążka Sleater-Kinney, ostrzegamy: sesja z nią gwarantuje nielichy katzenjammer.

 

3. Kasia Popowska – Dryfy (recenzja)

Dryfy

Każdy artysta, który nagrywa swoją płytę, ma zapewne w głowie obraz idealnego słuchacz, dla którego adresuje on swoją muzykę. W przypadku Kasi Popowskiej takim wymarzonym słuchaczem jest kierowca, który stoi w korku na A4 i ma włączone radio, w którym za chwilę podadzą informację o utrudnieniach w ruchu. Trudno bowiem wyobrazić sobie kogoś, kto po ciężkim dniu pracy czy szkoły mógłby założyć słuchawki, zamknąć oczy i słuchać Dryfów. Wydawnictwo okazuje się być niczym więcej jak zbiorem niezbyt udanych singli, które są tak nijakie i mało angażujące, jak to tylko możliwe. Do tego dochodzą mocno przeciętne teksty, ale w przypadku rodzimych wykonawców pop to już standard. Niestety, Dryfy to studium banału i infantylizmu – stąd zasłużone miejsce w tym zestawieniu.

 

2. The Cranberries – Something Else (recenzja)

Something Else

Fani nie mogą czuć się poważnie traktowani przez The Cranberries: dość powiedzieć o notorycznie odwoływanych koncertach grupy, niekiedy na kilka godzin przed występem. Bolesnym przykładem złego traktowania przez zespół jest również wypuszczanie takich płyt jak Something Else. Znane i lubiane piosenki w akustycznych aranżacjach? Brzmi to na tyle dobrze, że trudno zrozumieć, co mogłoby pójść nie tak. Tymczasem na krążku źle idzie wszystko. Utwory tracą całą swoją moc, zamiast gitar wepchnięto pretensjonalne, a do tego wszędobylskie skrzypce, zaś całość zaśpiewano identycznie jak oryginały (podejrzewaliśmy nawet, że po prostu wykorzystano taśmy z pierwotnych nagrań). Po co kupować taką płytę? Teoretycznie dla trzech premierowych utworów. Niestety, one również się nie bronią, brzmią bowiem jak odrzuty z sesji do Roses. Something Else można zatem potraktować jako bezczelny skok na kasę i próbę zatkania pięcioletniej już dziury w dyskografii.

 

1. Popaprańcy – Popaprańcy (recenzja)

Popaprańcy

Popaprańcy to płyta naprawdę zła. Nie wyszło tu nic, może poza niektórymi aranżacjami. Natomiast tym, co całkowicie grzebie to wydawnictwo, jest wokal. Popek sprawdzał się jako członek Gangu Albanii, bo nie musiał tam zbyt wiele śpiewać. Niestety, punk rock okazał się dla niego gatunkiem zbyt wymagającym. Wokale nagrane są nieczysto oraz bardzo nierówno, a co gorsza – bez krztyny polotu. Niestety, subkultura blokersów znacząco różni się ideałami od przedstawicieli pokolenia „no future”. I choć Popaprańcy próbują zasypać tę przepaść prostackimi i wulgarnymi protest-songami, to dysonans jest zbyt głęboki, by dawać choćby pozór autentyczności. W rezultacie krążek nie spodoba się ani fanom punka, ani miłośnikom Popka. Być może muzycy mieli z tej osobliwej współpracy nielichą frajdę, ale powinni poważnie się zastanowić, czy jej owoc istotnie prezentować szerszemu gremium. Naszym zdaniem nie – no chyba, że po to, by zgarnąć tytuł najgorszej płyty roku, który niniejszym przyznajemy.

 

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!