The Cranberries – Roses

Gatunek: rock alternatywny
Data wydania: 2012
Spis utworów: 1. Conduct; 2. Tomorrow; 3. Fire & Soul; 4. Raining In My Heart; 5. Losing My Mind; 6. Schizophrenic Playboys; 7. Waiting In Walthamstow; 8. Show Me; 9. Astral Projections; 10. Every Morning; 11. So Good; 12. Roses

 

Zakładam, że większość fanów The Cranberries muzycznie wciąż znajduje się w latach 90. ubiegłego wieku. Na ten czas przypadają bowiem najlepsze i najbardziej znane dokonania grupy Dolores O’Riordan. Piosenki takie, jak Zombie, Salvation czy Ridiculous Thoughts ugruntowały pozycję zespołu w rockowym świecie. Dwie najważniejsze cechy grupy to, bez wątpienia, oryginalny głos O’Riordan, a także przystępność muzyki, nie pozbawiona jednak rockowej mocy (ach, te quasi-metalowe riffy…). Niestety, kolejne płyty coraz bardziej zbliżały The Cranberries w stronę lukrowanego popu. W rezultacie zespół przeszedł w roku 2004 w stan zawieszenia, a poszczególni jego członkowie rozpoczęli kariery solowe. Powrót do wspólnej artystycznej działalności po czterech latach przerwy został zwieńczony jedynym, jak dotąd, nagraniem, zatytułowanym Roses.

Niestety, obawiam się, że miłośnicy starego Cranberries wciąż będą musieli pozostać na etapie słuchania No Need to Argue, gdyż – jeżeli nie przekonały ich późniejsze dokonania zespołu ani solowy dorobek Dolores O’Riordan – nie przekona ich również ta płyta. Już kompozycja otwierająca krążek, Conduct, najlepiej wprowadza w klimat Roses. Powolne, „bujane” tempo, delikatna, akustyczna gitara, smyki oraz charakterystyczny głos wokalistki – ten sam, choć jak gdyby nieco ugładzony i pozbawiony ostrości… Kolejne piosenki tylko potwierdzają tę tendencję – The Cranberries, choć przecież nigdy nie grało ostro, zupełnie teraz złagodniało. Słychać tu wszystko: odrobinę soulu (Fire & Soul) i swingu (Waiting In Walthamstow), utwory bardziej akustyczne (Roses) i nieco mocniejsze, choć tylko pozornie (Schizophrenic Playboys). Trudno pozbyć się wrażenia, że płyta, jako całość, ma charakter balladowy. Nic więc dziwnego, że fan oczekujący powrotu do rockowych dźwięków przesłucha Roses najwyżej raz i nigdy do niej nie wróci. To błąd.

Bo być może The Cranberries nie gra już jak, bagatela, dwadzieścia lat temu, ale muzykę, którą irlandzki kwartet proponuje dziś, trudno nazwać złą. Klimat snujący się po płycie, dość smutny i refleksyjny, sprawia, że poszczególne piosenki nabierają przedziwnej głębi. Nie brakuje tu niebanalnych melodii i udanych refrenów (Tomorrow), zmian tempa (Losing My Mind), a także utworów utrzymanych mimo wszystko w stylu zbliżonym do starego. Wiele dzieje się nie tylko wokalnie, ale i instrumentalnie, zatem po kilkunastu przesłuchaniach płyta wciąż nie nudzi. Stąd, jeżeli rozpatrywać Roses w oderwaniu od wcześniejszych krążków, nie można wystawić mu złej oceny. To bardzo dobry album balladowo-rockowy, dobrze zagrany i okraszony charakterystycznym wokalem.

Podsumowując, jestem zdania, że Roses to płyta, której można posłuchać z przyjemnością i która broni się całkiem nieźle. Czy przekonałem tych fanów Żurawinowych, którzy od dwóch dekad oczekują powrotu do najjaśniejszych dokonań zespołu? Nie sądzę. Mimo wszystko No Need to Argue to zamknięty rozdział. Jeżeli jednak The Cranberries mają teraz zamiar grać smutne, ale ciekawie zaaranżowane i dobrze zagrane ballady, to, po pierwsze, nie można im tego zabronić, a po drugie – z takiego stanu rzeczy wypada się chyba jedynie cieszyć.

 

8 Stars (8 / 10)

Save

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!