The Cranberries – Something Else

Gatunek: rock alternatywny
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Linger; 2. The Glory; 3. Dreams; 4. When You’re Gone; 5. Zombie; 6. Ridiculous Thoughts; 7. Rupture; 8. Ode to My Family; 9. Free to Decide; 10. Just My Imagination; 11. Animal Instinct; 12. You & Me; 13. Why

 

Wyboiste były drogi The Cranberries w trakcie całej, trzydziestoletniej bez mała kariery. Zwłaszcza ostatnia dekada okazuje się wyjątkowo pechowa, można bowiem odnieść wrażenie, że zespół wciąż nie może podnieść się po trwającej sześć lat przerwie w działalności. Choć nareszcie zaczął koncertować, to w tym czasie wydał zaledwie półtorej płyty. Zapytacie – jak to? Cóż, właśnie tak należy policzyć Roses, które ukazało się na rynku w roku 2012, oraz Something Else – odgrzewanego kotleta, wypuszczonego albo z obowiązku, albo dla zysku, a najpewniej z obu tych powodów.

Znacie te żarty, w których oferta brzmi: „dwa w cenie trzech”? Tym razem brytyjski zespół proponuje nam o wiele gorszy interes, czyli „trzy w cenie jedenastu” – taka jest bowiem proporcja piosenek nowych do całej setlisty. Pozostałe osiem kompozycji jest znanych skądinąd, zaś ich jedyne novum polega na akustycznym zaaranżowaniu. Kto z Was chciał usłyszeć Zombie albo Just My Imagination w wersji unplugged i z akompaniamentem skrzypiec, ten w tym momencie może podskoczyć pod sam sufit ze szczęścia. Nie spodziewam się jednak, by większość z Was przyjęła tę wiadomość ze szczerą radością. Jeżeli bowiem The Cranberries wygrywało czymkolwiek w przeszłości, to właśnie mocarnymi riffami albo niespożytą energią. Tymczasem wszystkie kompozycje na Something Else zostały ze swej mocy wyprane do cna i z dobrych, rockowych kawałków przedzierzgnęły się w cokolwiek tandetne ballady. Choć już wydana przed pięciu laty Roses skręcała w stronę brzmienia akustycznego, tym razem złagodzenie grania jest znacznie bardziej radykalne. Niestety, powoduje to, że od pierwszej piosenki zespół brzmi jak rockowy niegdyś skład, który w wyniku daleko posuniętego procesu starzenia jest w stanie zaproponować wyłącznie takie aranżacje.

Nie musze chyba dodawać, że Something Else zawodzi praktycznie na każdym froncie. Przyczyn jest kilka. Po pierwsze, niektóre z zaproponowanych tu piosenek nie brzmiały w oryginale stricte rockowo, zaś to, co nadawało im energii to chociażby żwawsze tempo. Tym razem nie ma nawet i tego, przez co płyta po prostu wlecze się i smędzi. Po drugie, pod względem struktury i sposobu śpiewania kompozycje są identyczne z ich nieakustycznymi pierwowzorami. Wystarczy posłuchać Zombie, by nabrać wątpliwości, czy na potrzebę tej płyty istotnie nagrano nową ścieżkę wokalu, czy może skorzystano z tej sprzed dwudziestu lat. Po trzecie, piosenki The Cranberries nigdy nie grzeszyły specjalnymi walorami artystycznymi, co jednak udawało się przykryć rockową zadziornością. Niestety, w warunkach płyty unplugged wyłazi cała ich pretensjonalność, podbijana wszędobylskimi, irytującymi i wstawianymi na siłę skrzypcami, których brzmienie w połowie płyty szczerze brzydnie.

Żal jest tym większy, że nawet zespołom przeciętnym techniczne płyty akustyczne wychodzą niekiedy wybornie. Przykładem jest nasze rodzime KSU, które na płycie XXX-lecie, Akustycznie tak zaaranżowało punkowe utwory, że udało się z nich wydobyć wstrząsające wręcz piękno. Tyle, że Siczka i koledzy odwołali się do instrumentarium charakterystycznego dla regionu, z którego pochodzą i wybrali do przearanżowania utwory, które wręcz trudno było sobie wyobrazić bez przesterowanej gitary i z sekcją smyczków. Tymczasem Something Else znamionuje – jak już wspominałem – używanie instrumentarium, od którego The Cranberries nigdy nie stroniło, podbijane pretensjonalnymi do szpiku kości skrzypcami. Ot – i cała definicja unplugged.

Sprawy nie ratują nowe utwory, które niestety wpisują się w stylistykę całej płyty. O ile ozdobione fortepianem i elektroniczną perkusją Rupture wlecze się, ale przynajmniej przekonuje, o tyle nie można tego powiedzieć o mdłym i banalnym The Glory, a także nudnym do bólu Why. Niestety, utwory te brzmią jak odpady z sesji do Roses i nie stanowią najlepszego prognostyka dla przyszłych poczynań zespołu. Biorąc pod uwagę, że grupa poświęciła aż pięć lat na ich skomponowanie, na miejscu fana The Cranberries wpadłbym w panikę. Nie dociekam przyczyn tego stanu rzeczy, widzę jednak wyraźnie, iż zespół O’Riordan pogrążony jest w kryzysie, z którego nie potrafi się wygramolić. Something Else można potraktować jako jego wyraźny objaw.

Doprawdy, nie wiem, do kogo adresowana jest ta płyta. Najwyraźniej jedyną grupą docelową są ci fani, którzy postarzeli się wraz z zespołem i którym należy teraz zafundować coś, co nie zrani ich wyczulonych na gitarowy przester uszu. Cała reszta zwęszy w tym wszystkim nieudolną próbę przypomnienia się fanom albo po prostu skok na kasę. Nie mnie oceniać motywy grupy – niezależnie od nich efekt końcowy jest w najlepszym razie wątpliwy, stąd Something Else zalecam raczej omijać.

 

4 Stars (4 / 10)

Save

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!