The Djangos – Hot & Fire

Gatunek: reggae
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Charging Complete; 2. False Start; 3. The Rockaway Memoir; 4. Who; 5. Bright Side; 6. Bricks; 7. My Darling; 8. Femme Fatale; 9. Searching; 10. Reggae Rockers Tribute to R.A.P; 11. Messajah

 

Chyba nigdy nie zrozumiem fenomenu reggae w Polsce. Przez pół roku jest szaro, buro i ponuro, śnieg sypie z nieba, a mimo to nie brakuje tych, z serca których płyną dźwięki charakterystyczne dla rejonów podzwrotnikowych. I nie jest to tylko kwestia ostatnich kilku lat: kto nie wierzy, ten może sięgnąć po debiutancki krążek Brygady Kryzys, gdzie w najmroczniejszych latach stanu wojennego Robert Brylewski śpiewa radośnie o marihuanie. Natomiast ostatnie lata wydały pod tym względem bogaty plon. Na fali popularności tego nurtu wypłynął również skład The Djangos, którego debiut, zatytułowany Hot & Fire, właśnie kręci się w moim odtwarzaczu. I wprawia mnie w rytmiczne wibracje.

Bo widzicie, reggae to nie muzyka, od której można się łatwo opędzić. Jednostajny rytm, pogłosy i echa generują flow, który udzieli się nawet tym, którzy za tą muzyką nie przepadają. A powiedzmy sobie szczerze – malkontenci tworzą wcale małą grupę, która narzeka zazwyczaj na to samo: że jednostajne, że nudne, że prymitywne. Żeby była jasność: ja sam nie podzielam takiego podejścia. Reggae to gatunek jak każdy inny, który można wykonywać dobrze albo źle. Miło mi, że już teraz mogę zdradzić, iż ten proponowany na Hot & Fire broni się bardzo dobrze. Jest tak głównie dlatego, że The Djangos to reggae przepuszczone mimo wszystko przez pół wieku tradycji, które świadome jest własnych ograniczeń, a przez to zmusza do kombinowania. Stąd też, mimo że zespół nie ma do dyspozycji nazbyt bogatych środków artystycznych, to z tych, które posiada, korzysta w sposób bezbłędny.

Do największych plusów omawianej dziś płyty należy z pewnością wokal, który jest zarazem głównym źródłem tego, że całość nie brzmi sztampowo czy banalnie. Natalia Paruszewska dysponuje bardzo ciekawą barwą głosu, a dodatkowo operuje nim tak umiejętnie, że niektóre z proponowanych przez nią melodii to prawdziwe dzieła sztuki. Taka ocena dotyczy zwłaszcza miejsc, w których wokalistka schodzi do niższych rejestrów, gdzie nabiera ona dodatkowej drapieżności (The Rockaway Memoir). Komplementy powinny również popłynąć pod adresem klawiszy, dzięki którym Hot & Fire nabiera nieco soulowego charakteru (False Start). Niby brzmienie organów Hammonda to w reggae nic nowego, a jednak The Djangos wykorzystuje je w sposób na tyle interesujący, by stanowiło to pewien precedens. Całości dopełnia krystaliczna produkcja, której bez wątpienia poświęcono dużo uwagi. Nie dość, że krążek brzmi na światowym poziomie, to jeszcze kipi wręcz od interesujących efektów gitary, inteligentnie rozmieszczonych chórków i harmonii wokalnych, a także pojawiających się w tle przeszkadzajek.

Tym większa szkoda, że przy tak dobrym zapleczu i głowie pełnej pomysłów, dobrych kompozycji wystarczyło jedynie na pierwszą połowę płyty. Co by bowiem nie mówić o jej drugiej części, trudno nie zauważyć, iż popada ona w schematy typowego reggae. Ostatnie trzy czy cztery piosenki nie są już niestety w stanie zaintrygować w podobnej mierze, co początek. Sprawy nie ratuje nawet cover piosenki Reggae Rockers z repertuary legendarnej grupy R.A.P. Nie sposób również nie zauważyć, że krążek jest tak gładki i okrągły, iż płynie niczym leniwa rzeka – a słuchacz unosi się wraz z nim. Niby taki cel tej muzyki, a jednak nieco szkoda, że nie wzbudza ona głębszych emocji. Są tu rzecz jasna fragmenty urokliwe, przy których można się odrobinę rozpłynąć, ale Hot & Fire, brane w całości, trudno uznać za płytę angażującą inne emocje niż bliżej niezdefiniowane poczucie sympatii.

Zwracam jednak uwagę na jedną rzecz: omawiany dziś album to debiut. Jeżeli The Djangos potrafi już na pierwszej płycie tak twórczo i z taką dojrzałością przepracować tradycję, a także nadać jej własny styl, to na ich kolejne wydawnictwo należy wyczekiwać z niemałą niecierpliwością. Hot & Fire okazuje się kawałem solidnego reggae, wzbogaconego nutką odautorskiego brzmienia, które usatysfakcjonuje zarówno ortodoksyjnych fanów Boba Marleya, jak i tych, którzy szukają świeżości w gatunkach, w których – zdawałoby się – nie sposób powiedzieć niczego nowego.

 

(7 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!