The Molochs – America’s Velvet Glory

Gatunek: indie rock
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Ten Thousand; 2. No Control; 3. Charlie’s Lips; 4. That’s The Trouble With You; 5. The One I Love; 6. Little Stars; 7. No More Cryin’; 8. You And Me; 9. New York; 10. I Don’t Love You; 10. You Never Learn

 

Są takie zespoły, które zaskakują od pierwszej piosenki – wystarczy kilka otwierających dźwięków, by pomyśleć sobie: to jest to. Niejednokrotnie bywa jednak, że po początkowym zachwycie przychodzi gorzka refleksja, iż nagranie zmarnowało swoją szansę, nie dotrzymując niejako złożonej na wstępie obietnicy. Wtedy w głowie pojawia się jedna myśl – a mogło być tak pięknie… Przykładem takiego krążka jest właśnie America’s Velvet Glory.

Paradoksalnie nie oznacza to jednak, iż jest to płyta zła. Zanim jednak przejdę do zajmowania się muzyką, przybliżę sylwetkę The Molochs. Ten pięcioosobowy skład ze Stanów Zjednoczonych to nie nowicjusze – na ich koncie jest już jeden krążek długogrający, zatytułowany Forgetter Blues. Trudno jednak powiedzieć, by grupa była popularna – 2500 fanów na Facebooku nie robi wrażenia, podobnie jak generalny brak wzmianek w Internecie. A jednak zespół próbuje podbić serca słuchaczy. I robi to jednym z najprostszych sposób, tzn. oferuje coś, co jest już znane i bez dwóch zdań lubiane. Mówiąc najkrócej, America’s Velvet Glory miesza trojakie wpływy – rock and rolla rodem z lat 60., rocka alternatywnego wprost z amerykańskich scen i muzyki indie znanej z brytyjskich garaży. Intrygująco? No pewnie.

Najważniejsze jest zaś to, że te różnorodne wpływy zostały bardzo sprawnie połączone. Weźmy na przykład No Control, w którym odzywa się zarówno charakterystyczna melodyka, którą znaleźć można w utworach Buddy Holly’ego, jak i kujonowaty wokal podchodzący pod Weezera. Obie te maniery zostają rozwinięte – odpowiednio – w punktowanym No More Cryin’ oraz w cokolwiek naiwnym, ale i nie mniej uroczym The One I Love. Siłą tych utworów jest zarówno odpowiednia produkcja, która nawiązuje do brzmienia z epoki, jak również wokal – zrezygnowany, jak gdyby trochę niedbały, który nadaje piosenkom odpowiedniego wykończenia. To właśnie dzięki niemu kompozycje brzmią szorstko, choć ani trochę nie umniejsza to ich przebojowości. Na kompozycyjne szczyty America’s Velvet Glory wspina się już na samym początku: choć Ten Thousand brzmi trochę jak utwór Social Distortion, to ozdobiono go taką linią melodyjną, skontrastowaną z keyboardowym klawiszem, że trudno się od niego oderwać.

Jak jednak wspomniałem na początku, omawiany dziś krążek to idealny przykład prawdziwości powiedzenia „dobre złego początki”. Jeżeli zaś nie złego, to przynajmniej gorszego. Cóż z tego bowiem, że znajdziemy tu sporo inteligentnie zagranej i emocjonalnie zaśpiewanej muzyki, skoro pomiędzy małymi perełkami trafiają się przeciętniaki? I może wszystko byłoby dobrze, gdyby proporcja jednych i drugich nie wynosiła pół na pół. W momencie, kiedy jesteśmy rozochoceni i wydaje nam się, że oto trafiliśmy na płytę co najmniej godną polecenia rodzinie i znajomym, pojawiają się takie utwory jak przewleczone That’s The Trouble With You czy New York, które takiej gracji już nie przejawiają. W tym kontekście traci zresztą najbardziej końcówka płyty, na której wyraźnie można usłyszeć deficyt dobrych pomysłów na przekonujące kompozycje.

Nie oznacza to wprawdzie, że America’s Velvet Glory to płyta jednoznacznie zła, tak bowiem bez wątpienia nie jest. Mówiąc najkrócej: otwarcie daje nadzieje na wiele, tymczasem z każdą kolejną piosenką zwiększa się rozczarowanie, bo lepiej już było. I choć The Molochs nie można odmówić umiejętności kreowania specyficznego klimatu, oryginalności i głowy do fajnych piosenek, to ja jednak poczekam na kolejną płytę. Jeżeli znajdzie się na niej kilka takich utworów jak Ten Thousand, będę jej słuchał od rana do wieczora. Niestety, do omawianego dziś krążka wracał będę od wielkiego dzwonu.

 

(6 / 10)

Save

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!