Valery Mess – Granice absurdu

Gatunek: punk rock
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Fototapeta; 2. Plan; 3. Piosenka turystyczna; 4. Żadnych map; 5. Z innej planety; 6. Co ma wisieć, nie utonie; 7. Imperium; 8. Nieskończone i niezałatwione; 9. Akcja – reakcja; 10. 5:30

 

Trudno w odniesieniu do polskiej muzyki używać terminu „supergrupa”. Choć projekty zbierające muzyków, powiedzmy, legendarnych powstają  – vide: chociażby Wieko – to mimo wszystko są to ewenementy, które zazwyczaj nie dorównują popularnością pierwotnym zespołom ich członków. Wspominam o tym dlatego, że bydgoskie Valery Mess to właśnie tego rodzaju supergrupa, złożona z punkowców, którzy mają za sobą wieloletnią działalność w kapelach takich jak Abaddon czy Upside Down. I wbrew wszystkiemu trzymam cholernie mocno kciuki za to, żeby to właśnie im udało się przebić.

Skąd u mnie taka sympatia do grupy, która wydała zaledwie jedną studyjną płytę długogrającą? Odpowiedź jest bardzo prosta: Granice absurdu, które właśnie kręcą się w moim odtwarzaczu, to rzecz absolutnie wyjątkowa, zaś Valery Mess to jeden z niewielu zespołów, które w polskich warunkach wykonują stuprocentowy, melodyjny punk rock o rodowodzie jednoznacznie kalifornijskim. Pozornie nie jest to żaden ewenement, bo płyt utrzymanych w tej stylistyce słyszałem w ostatnim czasie kilka. Tym jednak, co wyróżnia bydgoszczan, jest specyfika piosenek. O ile większość zespołów, które sięgają po wzorce z południa Stanów Zjednoczonych, czerpie stamtąd przede wszystkim radosne, słoneczne granie, wzorowane na Blink-182 czy innych grupach z numerkami, o tyle Granice absurdu to krążek, który stanowi wyciąg z tej poważniejszej części Kalifornii: Bad Religion, Adolescents czy Pennywise. Efekt? Miażdżąca głębia, podbijana dodatkowo wyekstraktowaną i wydestylowaną wściekłością.

Co ciekawe, samo otwarcie nie zdradza jeszcze, że będziemy mieli do czynienia z wydawnictwem tego rodzaju: Fototapeta zachwyca wprawdzie krystaliczną produkcją, nienaganną techniką i ciekawą aranżacją (genialne zimne „reggae” w środku), ale mimo wszystko najbliżej jej do The Clash. Natomiast od drugiego kawałka zaczyna się festiwal rewelacyjnych piosenek: Plan, Z innej planety czy Co ma wisieć, nie utonie punktują zarówno energią, jak i fantastycznymi riffami, a przede wszystkim obłędnymi liniami wokalu. Te ostatnie, choć zaśpiewane czystym głosem, perfekcyjnie uzupełniają całość – głównie ze względu na swoją posępność. Rekordy pod tym względem bije gorzkie i mroczne Żadnych map, które brzmi jak dobra piosenka Bad Religion. I wierzcie mi: mówi to ktoś, kto muzykę Grega Graffina i kolegów darzy bezgranicznym uwielbieniem. Dlatego nie przesadzam, jeśli mówię, że Valery Mess to zespół, na który czekałem i którego nie udało mi się znaleźć. Do dziś.

Myliłby się jednak ten, kto stwierdziłby, że Granice absurdu rozmywają się gdzieś w tych nawiązaniach, reminiscencjach i skojarzeniach. Mimo wzorowania się na najlepszych, bydgoszczanie nadali materiałowi własny, wyjątkowy styl. Najistotniejszą cechą rozpoznawczą są teksty po polsku. Zazwyczaj przechodzę nad nimi do porządku dziennego, tym razem jednak muszę poświęcić im chwilę. Choć bywają wśród nich żarty (5:30), to równie często trafiają się utwory, które broniłyby się literacko bez udziału muzyki. Zalicza się do nich chociażby Z innej planety, gdzie słyszymy: „Proszę odwiedź mnie na planecie samotności / Jeden mały dom, jeden kamień ku radości / Jeden mały krok w mej wędrówce po próżności”. Podobnie gorzkich, poważnych tekstów jest co najmniej kilka. Dzięki nim płyta zyskuje jeszcze bardziej sugestywny klimat. Słychać go zwłaszcza w momentach, kiedy wokalistę wspierają koledzy – a takich miejsc jest na omawianym albumie sporo.

Granice absurdu to płyta praktycznie bezbłędna. Możliwe, że przaśny refren Nieskończone i niezałatwione mógłby być lepszy, szkoda również, że dwie ostatnie piosenki są już bardziej polskie niż reszta płyty, przez co nieco od niej odstają. Nie zmienia to jednak tego, iż debiut Valery Mess to przykład bezkompromisowego, agresywnego i mrocznego punk rocka, który zarówno wyzwala energię, jak i potrafi wywołać głębsze emocje. W Stanach Zjednoczonych kapela supportowałaby już The Offspring. Choć w Polsce nie może liczyć na takie sukcesy, to wiedzcie, że całym sercem życzę jej jak najlepiej.

 

(8 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!