Waxahatchee – Out in the Storm

Gatunek: indie rock
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Never Been Wrong; 2. 8 Ball; 3. Silver; 4. Recite Remorse; 5. Sparks Fly; 6. Brass Beam; 7. Hear You; 8. A Little More; 9. No Question; 10. Fade

 

Coraz częściej zdaję sobie sprawę, że recenzowanie i ocena kolejnych płyt to w znacznej mierze kwestia osłuchania. Weźmy na przykład taką Waxahatchee. Ktoś, kto nigdy nie miał zbyt wiele do czynienia z indie rockiem, może odnieść wrażenie, że oto obcuje właśnie z dziełem, które nie ma precedensu na rynku muzycznym. Tak nie jest. Dlatego Out in the Storm można rozpatrywać jedynie w kategoriach produktu wtórnego, co jednak nie jest wadą, bo muzyczny recykling można uprawiać z dużym wdziękiem.

Powie ktoś: taki mądry? No to pokaż coś podobnego! OK. Włączamy wszyscy Silver, a potem znajdujemy dowolną piosenkę Veronica Falls. Podobne? To jeszcze nie wszystko –  można również sięgnąć po debiut Bleached. No, to jak już jesteśmy przy tego typu piosenkach, nie zapomnijcie o Sallie Ford & the Sound Outside. Wniosek: to samo. Na czym polega standardowość brzmienia Waxahatchee? Otóż przede wszystkim na tym, że piosenko brzmią bardzo prosto i licealnie. I to jest fajne, bo jestem zdecydowanie zwolennikiem muzyki instrumentalno-wokalnej, a nie producenckiej. Jeżeli dodamy do tego klimacik starych czasów – w zależności od maniery lat sześćdziesiątych (8 Ball) lub dziewięćdziesiątych (Never Been Wrong) – otrzymamy pełny obraz instrumentalnej warstwy krążka. I to właśnie ten aspekt Out in the Storm okazuje się stosunkowo najlepszy. Większość kawałków ma w sobie pierwotną, prostą energię, jakiej nie powstydziliby się wykonawcy u zarania rock and rolla. Dorzućmy do tego oczywiste pokłony dla brzmienia brytyjskiego indie rocka, a będziemy mieli komplet.

I mimo tego, że tak zaserwowana mieszanka powinna podbić nasze serca, to ostatecznie nie przekonuje. Bo o ile nie ma nic złego w naiwnych zagrywkach gitary czy aranżacjach, to banalne linie wokalne są już problemem. A właśnie w takim, niekiedy naprawdę mocnym, banale grzęźnie Katie Crutchfield. Parę akordów na krzyż – spoko: Elvis Costello i Weezer pokazują, jak robić z nich małe dzieła sztuki. Ale to nie przejdzie z liniami wokalu, czego – jak widać – wokalistka nie wie. W miejscach bardziej zadziornych, których, dzięki Bogu, jest sporo, z melodii wyłazi straszna radiowość (Brass Beam). Tam zaś, gdzie w zamyśle mamy dostać łagodniejsze oblicze zespołu, dostajemy, ale w twarz rozmiękczonymi smędami (A Little More), które brzmią jak słabe piosenki The Cranberries (Recite Remorse).

Najgorsze jest zaś w tym wszystkim to, że Out in the Storm jest tak gładziutkie i tak wyprane z bardziej angażujących emocji. Fajnie się jej słucha na trasie czterech czy pięciu przystanków, ale raczej tylko po to, aby nie machać głową i nie dostawać co i rusz gęsiej skórki. Jeżeli zatem potrzebujecie niezobowiązującego brzęczyka w trakcie poruszania się komunikacją miejską, Waxahatchee sprawdzi się idealnie. Problem w tym, że chyba nie tego oczekuje się od muzyki.

Dlatego właśnie w ostatecznym rozrachunku pani Crutchfield i koledzy zawodzą. Nie są oni zaproponować muzyki angażującej, włączającej jakiekolwiek emocje, ani nawet w jakikolwiek sposób uroczej. Po siedemdziesięciu latach rocka trudno jest wymyślić coś nowego, ale Waxahatchee nie przegrywa dlatego, że nie siliło się na nowatorstwo – zabrakło po prostu odrobiny magii, uczucia, serca. Nazwijcie to jak chcecie: tu tego nie ma. Dlatego Out in the Storm nie mogę polecić. Po trzydziestu dwóch minutach zostajemy bowiem dokładnie z tym samym, co na początku – z niczym.

 

(5 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!