Weezer – Pacific Daydream

Gatunek: rock
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Mexican Fender; 2. Beach Boys; 3. Feels Like Summer; 4. Happy Hour; 5. Weekend Woman; 6. QB Blitz; 7. Sweet Mary; 8. Get Right; 9. La Mancha Screwjob; 10. Any Friend of Diane’s

 

Weezer zaskoczył – to mu trzeba przyznać. W nieco ponad rok po wydaniu Białego Albumu premierę ma kolejna płyta, zatytułowana tym razem Pacific Daydream. Rivers Cuomo zarzeka się, iż jest ona owocem jego głębokiej inspiracji muzyką Beach Boys, ale – wierzcie mi albo nie – jakoś tego nie słychać. Zamiast wycieczki w lata 60. znowu dostajemy nieco ponad półgodzinny zestaw piosenek, który – wybrzmiawszy od początku do końca – sprawia, że wzruszamy ramionami i żyjemy sobie dalej jak gdyby nigdy nic.

Mam wrażenie, że powtarzałem to już wielokrotnie, ale nie zaszkodzi podkreślić tego jeszcze raz: Cuomo i koledzy wypadają najlepiej tam, gdzie grają rocka, a także tam, gdzie nadają swojej muzyce trochę kujonowatej naiwności. Niestety, na Pacific Daydream składników tych szukać można by nie tyle ze świecą, ile z dwustuwatowym reflektorem, a i tak by się ich nie znalazło. Zacznijmy od muzyki: lubiliście neogrunge’owy brudek, jaki można było znaleźć na debiucie czy na niektórych późniejszych wydawnictwach? Jeżeli tak, to z najnowszą odsłoną Weezera możecie dać sobie spokój. Cuomo i spółka wracają do brzmień gładkich i okrągłych, w których brzmienie gitary elektrycznej ozdobione jest przesterem jedynie okazjonalnie (Mexican Fender), perkusja często zyskuje brzmienie automatu (Weekend Woman), zaś aranżację uzupełniają wszędobylskie dzwoneczki i inne sample (La Mancha Screwjob). Na dodatek płyta jest potwornie przeprodukowana, bo wszystko zatopiono w pogłosach, chorusach i innych dziwactwach. Myślicie, że to po to, aby wczuć się w klimat sennego, letniego dnia? No nie – takiego klimatu na Pacific Daydream nie uświadczymy. Jest tak głównie dlatego, że atmosfera płyty przypomina atmosferę na Księżycu, czyli – by tak rzec – trochę jej brakuje.

A co z samymi piosenkami? Niestety, one również odstają od średniej, do której przyzwyczaił nas Weezer. Większość z nich oscyluje w granicach gładkiego popu, który jednym uchem wlatuje, by drugim wylecieć. Pół biedy, kiedy Cuomo wysili się na jakąś interesującą linię wokalu, którą da się zanucić (Beach Boys). Jeżeli bowiem braknie i tego elementu, to zostaje sama słodycz, przesadzona aż do mdłości i bynajmniej nie zachęcająca do ponownych eksploracji (Happy Hour). Proporcja piosenek znośnych do niestrawnych wynosi mniej więcej pół na pół, trudno zatem mówić o sukcesie. Co gorsza, wokalista znowu porzucił mentalność wyalienowanego nerda. Zamiast tego wczuł się w rolę szczeniaka, który nie kontroluje swojego niedojrzałego życia uczuciowego. I o ile wrażliwy kujon jakoś mnie nie drażni, o tyle jawna trywialność pięćdziesięcioletniego bez mała faceta bywa miejscami śmieszna, by nie rzec – żałosna.

Jeżeli zatem Pacific Daydream czymkolwiek się broni, to tymi elementami, które albo nawiązują do starego Weezera albo do Beach Boys. Niestety, ani jednych, ani drugich nie ma zbyt dużo. Te pierwsze odzywają się okazjonalnie i nawiązują raczej do nowszych płyt kapeli, ale i tak wita się je z entuzjazmem (Sweet Mary). Wpływy Beach Boys są niestety równie rzadkie i na ogół ograniczają się do fragmentu ładniejszej melodii (QB Blitz). Jednakże krążek od twórczości grupy Briana Wilsona dzielą lata świetlne.

Ostatecznie Pacific Daydream okazuje się muzycznym fast foodem, który da się skonsumować, a nawet czerpać z niego pewną przyjemność, ale nie pozostawia on po sobie absolutnie żadnego godnego zapamiętania wrażenia. Najnowsza płyta Amerykanów jest zbyt mdła, zbyt popowa i stanowczo zbyt naiwna, by słuchacz – zwłaszcza ten, który zna Weezera skądinąd – mógł ją polubić. Cuomo zapowiadał, że następcą Białej Płyty będzie Czarna Płyta: chłodna, mroczna i poważna. Nie pozostaje nic innego jak poczekać właśnie na nią, a na Pacific Daydream spuścić zasłonę milczenia.

 

(5 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!